Ruch anarchistyczny
Ruch pracowniczy
Opowiadania
Publicystyka
Film
Art
Kulturka i odjazdy
Komix
Zrób to sam
Biblioteka Anarchistyczna
A.I.W.
Instytut Duch Miejsca
Anarchizm *Idee*Praktyka

Czarny Brzask
Inny Świat
Red Rat
Ha!art
Krytyka Polityczna
Jirafa Roja
Książka i Prasa
Vega!POL
Okultura
Obywatel
Akademia Magii
g.a.s
B.I.A
P.N.R.W.I
Likwidator
Gadżety
Pocztówki

Ksiązki
Broszury
Pisma
Scena artowa
Filmy VCD
Muzyka
Inne CD


Popieram Anarchizm
  • ABRAMOWSKI EDWARD

EDWARD ABRAMOWSKI, "CO TO JEST SZTUKA?", s.32, A6

Ta broszura stanowi przedruk odpowiedzi Abramowskiego na rozprawę Lwa Tołstoja pod tym samym tytułem. Działalność Abramowskiego przejawiała się na polu filozofii i psychologii -zwłaszcza badań nad pamięcią i estetyką. Sam autor był bowiem profesorem psychologii na Uniwersytecie Warszawskim. W tej broszurze znajdziecie definicję i szczegółową charakterystykę sztuki i jej łącznik z estetyką. Abramowski pisze o historii sztuki, jej powiązaniach z religią i państwowością, czy raczej demokracją. Rozprawa podzielona jest niejako na dwie części - tę drugą stanowią studia nad pięknem i jego walorami - estetycznym i uczuciowym oraz oddziaływaniem na intelekt. Autor podaje tu także dowody na anarchiczność piękna! Bardzo ciekawa pozycja, zwłaszcza w sferze wnioskowania na temat sztuki i piękna. Gorąco polecam. /RAS/

Wiatry nr 20

EDWARD ABRAMOWSKI, "IDEE SPOŁECZNE KOOPERATYZMU - ZNACZENIE SPÓŁDZIELCZOŚĆ DLA DEMOKRACJI" s 36 A6

Edaward Abramowski był działaczem społeczno-politycznym, żyjącym na przełomie XIX i XX-tego wieku. Zajmował się socjologia, psychologią, filozofia, Był współzałożycielem PPS. Z początku marksista, później "bezpaństwowy socjalista" i anarchista. Był twórca polskiej odmiany kooperatyzmu, czego przykładem jest niniejsza broszura. W niej właśnie znajdziecie między innymi: charakterystykę stowarzyszeń i państwowości. Abramowski pisze czym jest kultura demokratyczna, charakteryzuje różne rodzaje kooperatyzmu, potrzebe ich istnienia i współpracy. Opisuje także ludowe państwo pracy. Drugą część broszury zajmuje określenie znaczenia spółdzielczości na przykładzie kooperatywy spożywczej dla różnych dziedzin gospodarki państwowej, rozwoju samorządu i wolności. Pisma Abramowskiego są bardzo zacne i aż szkoda, że ukazują się w okrojonej formie Dla wszystkich utożsamiających się z ideami anarchistycznymi lektura obowiązkowa. /RAS/

Wiatry nr 18

ABRAMOWSKI E. "POLITYKA SOCJALIZMU BEZPAŃSTWOWEGO" s. 28
ABRAMOWSKI E., "PAŃSTWO I PRAWO" s. 20


Jeśli przyjrzeć się intelektualnym korzeniom współczesnego polskiego anarchizmu, bez trudu odnaleźć można inspiracje myślą E.Abramowskiego. Dobrze więc się stało, że nieskora często do penetracji bibliotecznych archiwów brać anarchistyczna, dzięki publikacji Oficyny Wydawniczej Bractwa "Trojka", będzie miała okazję zapoznać się z twórczością myśliciela i działacza społecznego. W obu pracach znajdziemy klasyczne już wątki jego propozycji społecznych, z ideą samorządnej Rzeczypospolitej, apologią obywatelskiej aktywności i oddolnie tworzonych stowarzyszeń, bojkotu państwa, krytyką władzy, demokracji jako ułomnego instrumentu władzy ludu i prawa stanowionego, nadmiernie ingerującego w sferę prywatności członków społeczeństwa, na czele. /A/

Wiatry nr 15


  • ANARCHIZM

"O ANARCHIZMIE, ANARCHII I GRANICACH WOLNOŚCI"

Dyskusja z udziałem uczonych i pisarzy (Ryszka, Grinberg, Szacki, Kapuściński, Szczypiorski, Tazbir i Waldenberg) z roku 1981 - były to czasy ostrych napięć społecznych i nadziei na wolność związanych z tamtą, prawdziwą "Solidarnością" (oskarżaną przez władze o anarchizm i na ideach Abramowskiego budującą program Samorządnej Rzeczpospolitej). Dla naszej (tzn. dinozaurów polskiego anarchizmu) samoświadomości, dla określenia naszego buntu mianem anarchii owa broszurka miała duże znaczenie - idee i historia anarchizmu powiązane z tym, co się wówczas działa - dlatego cieszy mnie jej wznowienie przez Oficynę Wydawniczą "Lokomotywy bez nóg", (j) 40 str. 1/2 w pionu A-4

Mać Pariadka nr 11/1995


  • ANARCHOSYNDYKALIZM

Książka miesiąca
ZWIĄZKOWCY SPOD CZARNO-CZERWONYCH SZTANDARÓW

Ruch anarchistyczny to nie tylko historyczny epizod, kiedy to obok marksowskiego i marksistowskiego socjalizmu pojawił się w szeregach dwóch pierwszych Międzynarodówek, oferując konkurencyjną wizję politycznego działania. W dalszym ciągu stanowi ważny biegun ideowy dla wszystkich krytyków społeczeństwa kapitalistycznego. Nie trzeba nawet zgadzać się z Davidem Greaberem, który pojawienie się ruchu oporu przeciw neoliberalnej globalizacji zinterpretował jako wejście na scenę polityczną nowych anarchistów, żeby docenić wagę tego prądu.

Wśród nielicznych publikacji poświęconych różnym nurtom anarchizmu, jakie zdołały się do tej pory ukazać w naszym kraju, zdecydowanie przeważają pozycje poświęcone teorii, często też są to dzieła autorów anarchizmowi nieprzychylnych. Książka pod redakcją Rafała Górskiego zatytułowana Anarchosyndykalizm. Strajki, powstania, rewolucje 1892-1990 to pierwsza w języku polskim tak obszerna próba ukazania dramatycznej historii anarchosyndykalizmu. Chociaż na pewno będzie stanowiła świetne wypełnienie luki w naszej wiedzy o historii społecznej minionego wieku, nie jest to zwykła monografia o ambicjach naukowej syntezy.

Redaktor tomu świadomie zdecydował się na wybór kilkunastu epizodów ukazujących związkowców-anarchi-stów w działaniu. W tym celu zestawił obok siebie teksty i dokumenty historyczne. Powstała książka fascynująca, choć miejscami nierówna. Znajdziemy w niej artykuły analizujące dzieje ruchów anarchosyndykalistycznych w różnych krajach sąsiadujące z relacjami świadków i uczestników wydarzeń; teksty obszerne i całkiem krótkie; chłodne przyczynki pisane z perspektywy czasu i fragmenty manifestów przepojonych rewolucyjnym żarem. Przy wszystkich swoich ograniczeniach ta mozaika daje całkiem niezłe wyobrażenie o tym czym był anarchosyndykalizm i dlaczego tradycja anarchistycznych związków zawodowych może być w dalszym ciągu nośna.

Jak zauważa w przedmowie Górski, anarchosyndykalizm był anarchizmem epoki przemysłowej, stanowiąc odpowiedź na nowe warunki, jakie wykształciły się wraz z postępującym uprzemysłowieniem coraz większych obszarów świata kapitalistycznego pod koniec XIX stulecia. Był próbą przezwyciężenia konserwatywnej utopii i antyindustrializmu, któremu wielu anarchistów hołdowało w pierwszych dekadach rozwoju ruchu. Pod wpływem doświadczeń nieudanych prób wywołania rewolucji społecznej na drodze powstań i zamachów terrorystycznych miał za zadanie korygować anarchistyczną strategię. To właśnie anarchosyndykalizm dał ruchowi wolnościowemu narzędzia akcji masowej. To w jego łonie wypracowano oryginalną formę organizacyjną, która nie była ani partią w rozumieniu socjaldemokratycznym, ani zdyscyplinowaną grupą rewolucjonistów w stylu blan-kistowskim, ani luźną społecznością kontestatorów żyjących na marginesie głównego nurtu życia społecznego, ani wreszcie typowym rewindykacyjnym związkiem zawodowym. Anarchosyndykaliści stworzyli nową strategię, wpisującą codzienną walkę ekonomiczną na poziomie zakładów pracy w perspektywę radykalnej zmiany stosunków społecznych. Kategorią centralną stał się strajk, w którym upatrywano narzędzia masowej mobilizacji i przezwyciężenia struktur kapitalistycznego państwa.

Pierwsze dwie i pół dekady XX w. to okres największego rozkwitu anarchosyndykalizmu. Związki zawodowe spod czarno-czerwonego sztandaru liczyły wówczas w poszczególnych krajach setki tysięcy ludzi. Odgrywały wielką rolę w ruchu robotniczym we Francji, w Hiszpanii, USA, Argentynie czy we Włoszech. Przewodziły walkom klasowym i wspierały różne formy robotniczej kultury. Kino ludowe we Francji, hiszpańska Escuela Moderna, niemiecki ruch na rzecz reformy seksualnej - to tylko najbardziej znane przykłady działalności anarchosyndykalistów na tym polu.

Szczytowy punkt rozwoju anarchosyndykalizmu zbiegł się z falą rewolucyjną, jaka przetoczyła się przez świat w latach 1905-1924. Ruch ten odżywał także i potem: to anarchistyczni związkowcy byli awangardą rewolucji hiszpańskiej 1936r., a ich doświadczenia inspirowały wielu bojowników francuskiego Maja 1968.

W antologii znalazły się materiały dokumentujące także mniej znane sukcesy i klęski ruchu. (Tych drugich było zresztą znacznie więcej.) Anarchosyndykalizm padał ofiarą represji, niekiedy nie wytrzymywał konkurencji z komunizmem, nie był też wolny od wewnętrznych słabości. Z represjami spotykał się przede wszystkim w faszystowskich Włoszech i liberalnych Stanach Zjednoczonych, gdzie służby bezpieczeństwa państwa wespół z ultraprawicowymi bojówkami zgniotły Przemysłowych Robotników Świata (IWW). W rewolucyjnej Rosji anarchosyndykalizm przegrał w obliczu rozwijającego się komunizmu. Tymczasem w dwóch krajach Latynoskich o fiasku ruchu przeważyły słabości wewnętrzne. W Argentynie potężne organizacje związkowe FORA cofnęły się w decydującej chwili gdy w 1919 r. robotnicy opanowali ulice i fabryki Buenos Aires. Jeszcze gorzej wyglądają dzieje anarchosyndykalizmu w Meksyku. W kraju zdominowanym przez gospodarkę rolną i stosunki latyfundystyczne syndykaliści stali się najsilniejszą organizacją niespełna 160-tysięcznej klasy robotniczej. Ruch rozwinął się na fali rewolucji, ale zarazem wpadł w pułapkę ideologicznego dogmatyzmu. W 1915 r., podczas walk burżuazyjnych konstytucjonalistów prezydenta Carranzy z chłopskimi powstańcami Zapaty, związkowcy, przerażeni religijnością guerrilleros, stanęli po stronie tych pierwszych.

Dramatyczne i powikłane losy anarchosyndykalizmu są czymś więcej niż tylko rozdziałem z historii walk społecznych. Tak długo, jak długo istnieć będą stosunki, przeciw którym występowali uczestnicy tego ruchu, jego doświadczenia i koncepcje będą znajdowały kontynuatorów.

Anarchosyndykalizm. Strajki, powstania, rewolucje 1892-1990, Rafał Górski (red.), przeł. Julia Cichoń, Agnieszka Wasieczko, Iwo Czyż, harcerz, wyd. Federacja Anarchistyczna-Sekcja Poznań, Poznań 2006, s. 227.

Przemysław Wielgosz

"Bojownicy klasy pracującej"

W Polsce literatura polityczna jest obecnie wielką rzadkością. Jeżeli już się ukazuje, to zwykle prezentowane są w niej ruchy będące na świeczniku. Wszelkie ideologie antykapitalistyczne są natomiast pomijane. W takiej sytuacji nawet umiarkowany keynsizm, czyli liczenie na to że państwo łaskawie zainterweniuje w gospodarkę i poprawi los klasy pracującej urastają do roli "skrajnego lewactwa". Na szczęście czasami pojawiają się publikacje pokazujące alternatywę i poszerzające zakres wiadomości.
Jedną z nich jest książka "Anarchosyndykalizm - strajki, powstania, rewolucje 1892-1990" wydana przez Federację Anarchistyczną Poznań, przy współpracy z Ogólnopolskim Związkiem Zawodowym Inicjatywa Pracownicza. Stanowi ona zbiór artykułów zadających kłam obiegowym twierdzeniom, jakoby anarchizm był ideologią utopijną, nie mającą nic wspólnego z rzeczywistością. Stanowią one opis najważniejszych wydarzeń, związanych z rozwojem stosunkowo mało znanego w Polsce ruchu anarchosyndykalistycznego. Istotny jest przede wszystkim pierwszy z nich - "Anarchizm ery przemysłowej", autorstwa Rafała Górskiego, stanowiący niejako wstęp do późniejszych bardziej szczegółowych rozważań. Górski rysuje w nim obraz kształtowania się idei antybiurokratycznego, wolnościowego ruchu związkowego, będącego niejako zaprzeczeniem tego co dzieje sie obecnie w organizacjach żartobliwie zwanych pracowniczymi. Opisuje również dyskusje, które wiązały sie z początkami zaangażowania anarchistów w ruch robotniczy, gdy część najbardziej rewolucyjnie nastawionych działaczy odrzucała to jako krok w kierunku reformizmu i naiwnie wierzyła miedzy innymi w akty terroru indywidualnego. Górski wprowadza również rozróżnienie miedzy rewolucyjnym syndykalizmem, a anarchosyndykalizmem. Podczas gdy ten pierwszy często godził się z istnieniem państwa i przyjmował wiele spośród marksistowskich dogmatów, drugi odrzucał współpracę z władzą i strukturami państwa, dążąc do całkowitego obalenia systemu. Pierwszy spośród tekstów opisuje też różne podejścia do głównej idei rewolucyjnego syndykalizm, czyli strajku generalnego, prezentowane przez francuską CGT, hiszpańskie CNT oraz argentyńską FORA (Regionalną Federację Robotników Argentyny).
W następnych artykułach otrzymujemy natomiast sporą dawkę wiedzy o anarchosyndykalizmie, poczynając od działań francuskiej Powszechnej Konfederacji Pracy (CGT) na przełomie XIX i XX wieku, a kończąc na strajku tramwajarzy w Melbourne w roku 1990. Wśród tematów znajdziemy poruszane już w literaturze lewicowej, takie jak kwestia rewolucji hiszpańskiej 1936 roku i organizowania w jej trakcie kolektywów wiejskich oraz fabrycznych, jak i zupełnie nowe nawet dla czytelnika znającego historie ruchów rewolucyjnych, takie jak argentyński ruch anarchosyndykalistyczny z początków XX wieku, czy represje wobec amerykańskiej lewicy podczas Pierwszej Wojny Światowej.
Teksty obalają też wiele narosłych z biegiem lat mitów. "Kronsztad 1917" autorstwa rosyjskiego anarchisty Efrima Jarczuka pokazuje jak zaraz po rewolucji październikowej bolszewicy starali się niszczyć wszelką rewolucyjną alternatywę wobec ich partii. "Czarne flagi nad kopalnią w Czeremchowi" Igora Posziwałowa to natomiast opis walki robotników ze wschodniej Syberii przeciwko caratowi, a później "dyktaturze proletariatu", która już wkrótce po roku 1917 okazała się dyktaturą nad proletariatem i sposobem na zgniecenie samorządności pracowniczej. Wreszcie "Autonomiczna kolonia przemysłowa Kuzbas" Anatolija Sztyrbula, opowiadający historię syberyjskich przedsiębiorstw, których zarządzaniem w roku 1921 zajęli się koloniści ze Stanów Zjednoczonych - w większości anarchosyndykaliści ze związku zawodowego Pracownicy Przemysłowi Świata (IWW) i komuniści. Podane w nim fakty dotyczące ich wydajności obalają mit zwolenników bolszewizmu, jakoby podporządkowanie przemysłu państwu było po rewolucji konieczne ze względów ekonomicznych.

Tekst pokazuje również w jak cyniczny sposób komuniści doprowadzili do zniszczenia w roku 1926 wzorcowego przykładu skutecznego zarządzania przedsiębiorstwem przez samych robotników, tylko po to aby przykład ten nie przekonał klasy pracującej że może się obyć bez biurokracji państwowej.

Mit nieskutecznego społecznego zarządzania obala także artykuł o sytuacji transportu w Barcelonie po rewolucji 1936 roku, gdzie udało się anarchistom znacząco poprawić jakość świadczonych usług w porównaniu z tymi panującymi pod rządami kapitalistów.
Wiele ciekawych informacji znajdą w książce również czytelnicy zainteresowani kwestiami obyczajowymi. Artykuł "Robotniczy ruch reform seksualnych w Republice Weimarskiej" Dieter'a Nielsen'a pokazuje jak na bazie klasowej wokół anarchosyndykalistycznego Związku Wolnych Robotników Niemiec (FAUD) w dwudziestoleciu międzywojennym powstawał ruch obrony praw kobiet. Tekst Sary Bassave "Kobieca utopia w Hiszpanii" to natomiast historia organizacji Wolne Kobiety (Mujeres Libres) łączącej walkę o równość płci z klasowym, rewolucyjnym programem, a także udziałem w walkach rewolucyjnych.

Obowiązkowa dla każdego miłośnika historii jest natomiast lektura najdłuższego spośród zamieszczonych tekstów "Oddziały bojowe syndykalistów polskich podczas okupacji hitlerowskiej" autorstwa wspomnianego już Rafała Górskiego oraz Michała Przyborowskiego, prezentującego nieznane szerzej lewicowe organizacje konspiracyjne, skazane na zapomnienie przez oficjalną historiografie uznającą tylko "dobre" AK oraz NSZ i "złą" Armie Ludową.

Mylił by się jednak ten, kto potraktowałby "Anarchosyndykalizm..." jako jedynie opracowanie historyczne. Ostatnie dwa teksty dotyczą strajków stoczniowców w hiszpańskim Puerto Real z roku 1986 oraz tramwajarzy z Melbourne z roku 1990. Dowodzą one że mimo upływu lat organizacje anarchosyndykalistyczne nadal istnieją i są w stanie zaproponować robotnikom więcej niż niemrawe i zbiurokratyzowane wielkie centrale związkowe. Artykuły te powinny być przymusową lekturą dla tych, którzy wierzą w możliwość wykorzystania struktur dużych związków zawodowych do walki. Warto by polecić je również biurokratom związkowym, aby zmienili swoje podejście, tych jednak przekonuje raczej ich interes polityczny, a nie nawet najbardziej sensowne argumenty i przykłady.
W zasadzie jedynym mankamentem książki jest jej objętość. 227 stron to za mało aby dokładnie opowiedzieć historię walk anarchosyndykalistów, przez co wydawcy musieli potraktować temat bardzo wybiórczo. Pozycja ta jest jednak lekturą obowiązkową dla tych, dla których ruch pracowniczy to coś więcej niż kilka komunałów lub wiara w marksistowsko-leninowskie dogmaty albo zbawczą rolę państwowej interwencji i odgórnych zmian nadawanych łaskawie przez elity.

Anarchosyndykalizm. Strajki, powstania, rewolucje 1892-1990, red. Rafał Górski

Piotr Ciszewski


 

  • ANIMAL LIBERATION FRONT

Mniejsi bracia i ich obrońcy

Książka Ingrid Newkirk pt. "Wolność dla zwierząt" opisuje historię amerykańskiego Animal Liberation Front (ALF - Front Wyzwolenia Zwierząt) w latach 1981-1990. ALF został założony w Wielkiej Brytanii w 1976 r. i wywodzi się z dwóch grup sprzeciwiających się polowaniom, mianowicie Band of Mercy (Grupa Miłosierdzia) oraz Hunt Saboteurs Association (HSA - Stowarzyszenie Sabotażystów Polowań). Obecnie grupy ALF działają w większości krajów Europy Zachodniej oraz w USA i Kanadzie.
ALF za główny cel swojej działalności obrał wyzwolenie zwierząt spod opresji i eksploatacji, jakiej poddaje je człowiek. Dotyczy to zarówno zwierząt, na których przeprowadzane są eksperymenty w laboratoriach, jak również zabijanych na potrzeby przemysłu futrzarskiego czy na fermach hodowlanych. Jeden z założycieli ALF, Ronnie Lee, wyraził jego zadania mówiąc: "Uwolnić zwierzęta od cierpienia tu i teraz. Wyrządzić ekonomiczne szkody tym, którzy je wyzyskują, co - poprzez zmniejszenie zysków - doprowadzi do zaniechania przedsięwzięć wykorzystujących zwierzęta. Nasilić akcje do tego stopnia, by wszelkie przedsiębiorstwa eksploatujące zwierzęta czuły się zagrożone i nie mogły funkcjonować".
Podczas swoich akcji, ALF stosuje działania bezpośrednie, z bezwzględną zasadą unikania przemocy wobec wszystkich istot czujących, w tym oczywiście ludzi. Czyni to łamiąc prawa państw, w których działa, dlatego od swego powstania ALF przybrał strukturę "organizacji podziemnej". Amerykański ALF charakteryzuje dość wysoko zaawansowana amorficzność organizacyjna. Przewaga autonomicznych, niezhierar-chizowanych, małych autonomicznych grup sprawia, że jest to ruch, który stosunkowo trudno infiltrować.

Autorka książki jako jedna z założycielek znanej organizacji PETA (People for the Ethical Treatment of Animals - Ludzie na rzecz Etycznego Traktowania Zwierząt), jest wiarygodnym źródłem informacji, albowiem przez lata to właśnie za pośrednictwem PETA amerykański ALF przekazywał informacje na temat uwalnianych przez siebie zwierząt, makabrycznych warunków w laboratoriach, brutalnych i często bez sensownych eksperymentów czy wreszcie publikował, zazwyczaj zdobywane w nielegalny sposób, dokumenty i informacje o badaniach prowadzonych na zwierzętach.

Newkirk w "Wolności dla zwierząt" opowiada historię ALF widzianą oczami jednej osoby - założycielki amerykańskiego ALF, kobiety o imieniu Valerie. Wraz z nią jesteśmy kolejno świadkami kilku udanych akcji przeprowadzanych przez ALF, głównie na wschodnim wybrzeżu USA. Poczynając od uwolnienia małp z Silver Spring w 1981 r. (jeszcze przed oficjalnym rozpoczęciem działań pod szyldem ALF), poprzez uwolnienie psów z ośrodka amerykańskiej marynarki wojennej w Bethesda, zwierząt z Uniwersytetów Kalifornii i Pensylwanii, Miasta Nadziei, Rolniczego Centrum Badawczego w Beltsville, aż po uwolnienie szympansów z laboratoriów SEMA. We wszystkich tych przypadkach okazywało się, że przeprowadzane tam eksperymenty były albo bezsensowne z medycznego punktu widzenia (np. zaszywanie powiek małpom), albo stanowiły przykrywkę dla sadystycznych postaw części wiwisektorów (bo inaczej nie sposób tego nazwać), którzy przez całe lata powtarzali te same eksperymenty, skazując na śmierć tysiące zwierząt w potwornych męczarniach. Dla czytelników bulwersujące może być również to, że większości eksperymentów dokonywano na tak bliskich dla wielu osób zwierzakach domowych, jak psy koty czy króliki.

Takie ujęcie tematu ma swoje dobre i złe strony. Z jednej strony Newkirk "przemawia" głosem aktywistów, pozwala zajrzeć w działania ALF jakby "od kuchni", z drugiej przedstawia tylko jedno spojrzenie na ALF, pomijając np. dość znaczące różnice w kwestii użycia przemocy między grupami ze Wschodniego (bardziej umiarkowane) i Zachodniego (podpalanie laboratoriów czy podkładanie bomb) wybrzeża USA.
Książka dosyć ogólnie prezentuje, jak działa ALF, kto go tworzy, jak przygotowywane są same akcje, zbieranie materiałów, w jaki sposób ALF kontaktował się z PETA. Podyktowane jest to wspomnianym wcześniej nielegalnym charakterem działań ALF, co sprawiło także, iż grupa znalazła się na celowniku nie tylko instytucji, przeciwko którym prowadziła akcje, ale także organów ścigania. Zatem, co zrozumiałe, sama książka musiała być napisana tak, by nie można było zidentyfikować osób działających w ALF, a więc zarówno imiona, jak wygląd czy inne charakterystyczne cechy zostały w niej zmienione.

Pomimo tych oczywistych ograniczeń, książka zawiera sporo pasjonujących fragmentów. Można zaliczyć do nich przede wszystkim opis jednego z pierwszych międzynarodowych obozów szkoleniowych ALF w Wielkiej Brytanii, gdzie czytelnik ma szansę zapoznania się z tym, jak wszechstronnie szkolą się przyszli działacze ALF (m.in. z filozofii praw zwierząt, samoobrony, mechaniki, elektroniki, rozpoznania, itd.). Interesująco wypadają również fragmenty poświęcone temu, jak ruch się kształtował, jak i gdzie szukano oraz pozyskiwano przyszłych działaczy ALF i osoby do grup wsparcia odpowiedzialnych m.in. za opiekę nad uwolnionymi zwierzętami. Ciekawe jest również, kto ruch tworzy. Pewnym zaskoczeniem może być fakt, że sporo osób zaangażowanych w bezpośrednie uwalnianie zwierząt pracowało wcześniej w przemyśle laboratoryjnym. Oddzielną kwestię stanowiło przygotowywanie się i przeprowadzanie samych akcji, poczynając od pozyskania informacji (najczęściej od osób pracujących w laboratoriach), poprzez dokładne rozpoznanie, przygotowanie domów zastępczych dla zwierząt, aż po bezpośrednie działanie.

Ciekawie przedstawia się również, choć temat został chyba potraktowany lekko po macoszemu, podejście do pozyskania opinii publicznej do działań ALF Nie dość wyraźnie zostało pokazane stopniowe zanikanie poparcia dla akcji ALF, wraz z zaostrzeniem i radykalizacją form działań (np. z powodu podpalania i niszczenia laboratoriów). Interesująco przedstawione są techniki public relations, jakie stosowały firmy atakowane przez ALF (od wzniecania paniki - "uwolnione zwierzęta są nosicielami groźnych chorób", po "prowadzone przez nas badania - np. nad AIDS - są niezwykle ważne ze społecznego punktu widzenia"). Nie zostały także szerzej pokazane wewnętrzne podziały i skłócenie amerykańskiego ALF - np. idąca za tym konieczność jak największej samowystarczalności oraz izolacji poszczególnych grup, paradoksalnie uchroniła tamtejszych działaczy przed masowymi aresztowaniami (jak to miało miejsce chociażby w Anglii).
Jako że książka pisana była z myślą o masowym czytelniku, stąd często pojawiają się w niej fragmenty, które w sposób dosyć "łopatologiczny" tłumaczą podstawy idei i filozofii wyzwolenia zwierząt. Szkoda, że Newkirk w uproszczony i schematyczny sposób pokazała, czym kierują się osoby włączające się w działalność ALF Mimo iż, jak się wydaje, autorka blisko zna główną bohaterkę książki, to nie potrafi w zadowalający sposób pokazać nam przemiany osoby, która jednego dnia patroluje ulice Waszyngtonu jako zawodowa policjantka, by drugiego nagle i dość gwałtownie zerwać całkowicie ze swoim dotychczasowym życiem, a każdą wolną chwilę przeznaczać na nocne rajdy na laboratoria i uwalnianie trzymanych tam zwierząt. Argumenty podawane przez Newkirk, że ludzie ci nie mogli już więcej patrzeć na cierpienie zwierząt, jest dla mnie niewystarczające. Przecież miliony osób sprzeciwiają się maltretowaniu i zabijaniu zwierząt, a jednak tylko niewielki ułamek procenta z nich odważa się podjąć radykalne akcje, za które, w razie schwytania, grozi kara wieloletniego więzienia. Takiego głębszego spojrzenia na motywy działania liberatorów (wyzwolicieli) w książce nie znajdziemy.

Jednak mimo tej wady oraz drażniącego w polskiej edycji niezbyt dokładnego (i miejscami niepoprawnego) tłumaczenia, jak i całkowitego braku obecnych w oryginale fotografii, z książką Newkirk warto się zapoznać, by poznać filozofię praw zwierząt i aspekty jej wcielania w życie.

Bartosz Głowacki
"Obywatel" nr 2(22)/2005 r.


  • BAKUNIN MICHAŁ

ZARANIE REWOLUCYI ROSYJSKIEJ. MICHAŁ BAKUNIN

Reprint textu Mariana Zdziechowskiego o Bakuninie wraz ze słowiańskim programem baćki (na podstawie "Świata Słowiańskiego" z 1907) miałby pewnie czysto historyczny wymiar, gdyby nie to, że ta choroba dręczy do dziś duszę słowiańskich rewolucjonistów. Zdziechowski wychodzi od najbardziej inspirującej wizji trojki na stepie, metafory bezgranicznej duszy rosyjskiej, co to nie zna kresu (i) niemożliwego, ale i spełnienia tak wielkiego, co ukoiłoby ową tęsknotę, topi więc ją w oceanie wódki (a gdy trzeźwieje - burzy cały świat, by z niego raj się narodził; "ziemię całą rozkruszyć na proszek, albo szajkę zebrać, albo w ogóle coś w tym rodzaju, byle stanąć wyżej od wszystkich ludzi i plunąć na nich z wysokości" mówi bosiak llji Muromca z bylin, a Baćko w podobnym duchu dorzuca "niech żyje chaos i zniszczenie; "vive la mort" zaś po apokalipsie - tysiącletnie królestwo boże na ziemi, w wersji Bakunina oczywiście bez boga i cara! To "robi"...), (j)

Mać Pariadka nr 5-7/96

UWAGI NA MARGINESIE KATECHIZMU REWOLUCYJNEGO MICHAŁA BAKUNINA

Czy Michał Bakunin był anarchistą? Ktoś mógłby podać to w wątpliwość po przeczytaniu jego Katechizmu Rewolucyjnego, gdzie ów ojciec anarchokolektywizmu opisując pożądaną organizację "rewolucyjnej federacji" wymienia takie instytucje, jak rząd, parlament i sąd międzynarodowy, narodowy, prowincjonalny, armię narodową (wspominając o tym, że "każdy zdrowy obywatel musi zostać żołnierzem w wypadku obrony swego domu lub wolności"), narodowe i prowincjonalne podatki, obowiązkowe szkolnictwo publiczne (Bakunin nie używa tu wprawdzie tego sformułowania, pisze jednak o tym, że wychowanie dzieci odbywać się będzie "pod czujnym okiem i najwyższą kontrolą społeczeństwa", że społeczeństwo jest "bardziej prawowitym i ważniejszym opiekunem" dzieci niż ich rodzice i że "wychowanie takie" (tzn. publiczne) "powinno trwać przez cały okres dzieciństwa"), a także oznajmia, że "prawo dziedziczenia będzie się należało tylko społeczeństwu", kościołom (stowarzyszeniom religijnym) mimo pełnej swobody sprawowania kultu nie będzie wolno zajmować się wychowaniem dzieci ani posiadać innych dóbr poza domami i instytucjami, w których będą odbywać się nabożeństwa, a stowarzyszeniom, "których członkowie nie mieliby tej samej pozycji" odmówi się społecznej gwarancji dla ich roszczeń w przypadku, gdy ktoś nie wypełni wobec nich przyjętych na siebie zobowiązań. W pewnych fragmentach Bakunin omawiając rewolucyjną organizację społeczną mówi wprost o państwie (np. pisząc, że "ludzie starzy, niezdolni do pracy i chorzy (...) będą pielęgnowani i utrzymywani na koszt państwa").

Jednak między tym "państwem" a państwem istniejącym obecnie czy też w czasach Bakunina zachodzi podstawowa różnica. "Rewolucyjna federacja" jest tworem dobrowolnych uzgodnień - jednostki łączą się w gminy, gminy w prowincje, prowincje w państwa narodowe, te wreszcie w federację międzynarodową. Żaden człowiek, nawet żyjąc na terenie tej federacji, nie ma obowiązku przynależenia do niej ani do zrzeszonych w niej gmin, prowincji czy narodów; tak samo żadna gmina, prowincja czy naród nie mają obowiązku przynależenia do federacyjnych struktur wyższego rzędu. Rzecz jasna jednostka nie należąca do danej społeczności (czyli, jakbyśmy dziś powiedzieli, nie mająca obywatelstwa) nie może korzystać z praw politycznych oraz "gwarancji i ochrony" organizacji społecznej, jednak nie jest powiedziane, że nie wolno jej organizować się w jakieś struktury alternatywne czy też korzystać z "gwarancji i ochrony" jakichś innych prywatnych osób (nie wiem, co w istocie Bakunin sądził na ten temat, ale w każdym razie nigdzie nie pisze, że byłoby to zabronione). Ponadto ponieważ członkom bakuninowskiego "państwa" nie byłoby wolno ograniczać wolności nawet "nie-obywateli" (jako że "już samo bycie człowiekiem powoduje, że jest on wolny"), taki "outsider" czy "banita" (jeżeli ktoś nie chce podporządkować się prawom społeczności, ta może pozbawić go obywatelstwa) mimo wszystko byłby w pewien sposób chroniony przez to "państwo". Jeśli taka osoba podpadnie "prawu natury: oko za oko, ząb za ząb" , społeczeństwo nie będzie przeszkadzać swoim członkom w pozbyciu się jej "jak szkodliwego zwierzęcia", ale i w tym przypadku nie wolno jej "ciemiężyć i traktować jak niewolnika". Podobnie jest z gminami, prowincjami i narodami: te z nich, które nie zechcą się podporządkować prawom struktur wyższego rzędu, mogą zostać z nich wykluczone lub do nich nie przyjęte, ale nie jest powiedziane, że nie wolno rządzić się im po swojemu (z innych fragmentów Katechizmu, gdzie Bakunin sprzeciwia się podbojom, wynika że jak najbardziej wolno), dopóki same nie zaatakują obywateli federacji.

W tym ujęciu podatki, o których mówi Bakunin, są w gruncie rzeczy dobrowolnymi opłatami za usługi ze strony struktur federacji. Można tutaj zarzucić, że jakkolwiek pozostaje to rozwiązaniem wolnościowym, to jednak większą realną wolność wyboru ludzie mieliby, gdyby opłaty za różne usługi (np. ochronę, szkolnictwo czy opiekę nad chorymi i starcami) nie były ze sobą powiązane i gdyby mogli zrezygnować z płacenia na to, z czego nie korzystają. Jednak trzeba zauważyć, że Bakunin (jakiekolwiek było tu jego osobiste zdanie) pozostawia szczegółową organizację systemu podatkowego poszczególnym gminom, prowincjom i narodom, i prawo do rezygnacji z jakichś konkretnych usług "państwa" przy jednoczesnym niepłaceniu jakiejś części podatku nie jest moim zdaniem sprzeczne z proponowanym przez niego systemem. Parlament, rząd i sąd nie różnią się tu wiele od organów zarządzających i kontrolnych stowarzyszeń czy spółek, choć można dyskutować o niebezpieczeństwie wyrwania się przedstawicieli i urzędników spod kontroli społeczeństwa. Ale z pewnością owo "państwo" nie miałoby takich możliwości represyjnych jak obecne (nie miałoby być w nim więzień, kar cielesnych ani kary śmierci, kary za atak na czyjąś osobę lub majątek bądź też niewywiązanie się z zobowiązań względem społeczności byłyby rozumiane jako "wzajemne roszczenie społeczeństwa", jeśli ktoś nie chciałby się im podporządkować, groziłaby mu co najwyżej banicja). Nie miałoby też takiej jak obecne państwo kontroli nad życiem społecznym i gospodarką; co do organizacji tej ostatniej, to Bakunin wierzył, iż rozwój stowarzyszeń robotniczych doprowadzi do połączenia się ich w międzynarodową "ekonomiczną federację", której parlament będzie koordynował produkcję na poziomie globalnym na podstawie ogólnoświatowych danych statystycznych, co uchroni gospodarkę przed kryzysami i marnotrawstwem - w owych czasach był to modny pomysł, ciekawe czy obecnie, po tym, jak nieefektywność centralnego planowania została wykazana na wielu przykładach, dalej uważałby, że jest to możliwe i pożądane. Bardzo ważnym punktem programu Bakunina było też "usunięcie banków i wszystkich innych państwowych instytucji kredytowych". Nie miałoby być też stałego wojska ani państwowej policji (coś chyba jednak musiałoby pełnić jej funkcję).

Wiarę Bakunina w to, że publiczne szkolnictwo, i to jak się wydaje obowiązkowe, zapewni "inicjację ku wolności", można chyba złożyć na karb tego, że pisał on to w 1866 r., gdy nie znano jeszcze efektów takiej edukacji, a szkolnictwo prywatne kojarzyło się z autorytarnymi najczęściej szkołami kościelnymi. Tu chyba najbardziej odstąpił on od zasady poszanowania wolności jednostki, pisząc, że dzieci "muszą znajdować się pod reżimem autorytetu", społeczeństwo ma prawo oddzielania dzieci od rodziców nie tylko gdy ci je brutalnie traktują, ale i "demoralizują", a osoby nie posiadające praw politycznych (czyli wykluczone ze społeczności za nieprzestrzeganie jej praw lub z własnej woli pozostające poza nią) będą "pozbawione prawa do wychowania i zatrzymywania przy sobie dzieci". Niestety nie jest zdefiniowane, do jakiego momentu człowiek jest dzieckiem, tak więc należy przypuszczać, że decydowałyby o tym, tak jak obecnie, jakieś organy "państwa". Nie jest wyjaśnione, czy "dziecko" (z pewnych fragmentów wynika, że obowiązkowe nauczanie pod nadzorem "państwa" trwałoby aż do ukończenia szkoły średniej, a więc "dzieckiem" byłoby się aż do tego momentu) miałoby podobnie jak dorosły prawo do wystąpienia ze społeczności, podobnie nie wiadomo, czy rodzice pozbawieni praw politycznych mieliby być pozbawieni jedynie prawa do zatrzymywania przy sobie dzieci siłą, tzn. wbrew ich woli, czy nawet jeśli dzieci chciałyby przy nich pozostać (a najczęściej pewnie tak by było) urzędnicy "państwa" mogliby je przemocą odstawić do jakiegoś domu dziecka i poddać państwowej edukacji. Obawiam się, że Bakunin miał jednak na myśli to drugie. Gdyby jednak nawet tak "dzieci", jak i rodzice mieli prawo wystąpić z "państwa" i dalej żyć tak, jak im się podoba - młodzież nie uczęszczać do publicznej szkoły (nawet wbrew rodzicom), rodzice wychowywać dzieci bez obawy interwencji urzędnika, to i tak wewnętrzna organizacja bakuninowskiego "państwa" w bardzo poważnym stopniu ograniczałaby tu realną wolność wyboru. Ciekawe zresztą, czy gdyby mógł zaobserwować dziś efekty publicznej przymusowej edukacji, Bakunin nadal upierałby się przy tych postulatach?

Odmowa prawa do wychowania dzieci stowarzyszeniom religijnym sama w sobie nie wydaje się być poważnym ograniczeniem wolności, ponieważ po pierwsze byłoby to łatwo obejść (wystarczyłoby, gdyby członkowie jakiegoś kościoła utworzyli odrębne świeckie stowarzyszenie, którego celem byłaby edukacja), a po drugie jedyną sankcją byłaby odmowa uznania prawnego i "gwarancji" społeczeństwa dla ewentualnych roszczeń stowarzyszenia. Ale można sobie wyobrazić, że wiele stowarzyszeń (zwłaszcza religijnych) mogłoby działać nieformalnie, bez takich gwarancji. Pytanie jednak, czy w ogóle miałaby być dozwolona edukacja alternatywna do publicznej.
Jeśli chodzi o znany postulat Bakunina dotyczący zniesienia prawa dziedziczenia (a de facto przeniesienia go na "społeczeństwo"), to aczkolwiek formalnie można go moim zdaniem obronić z wolnościowego punktu widzenia (istotnie - jeśli ktoś jest już martwy, to nie może być właścicielem żadnego majątku, zatem nie może go też nikomu przekazać), w praktyce jednak taki zakaz byłoby niezwykle łatwo obejść, dokonując darowizn jeszcze przed śmiercią. Żeby temu zapobiec, trzeba by w ogóle zakazać darowizn, a o tym w każdym razie Bakunin nie pisał (chyba żeby uznać obdarowanego za żyjącego na cudzy koszt, co wg Bakunina powinno łączyć się z prawem gminy, prowincji czy narodu do pozbawienia praw politycznych, no ale po pierwsze taki obdarowany mógłby przecież oprócz tego pracować - co zresztą, jeśli "spadek" dotyczył samego warsztatu pracy? - a po drugie, jeśli ktoś już jest martwy, to nie można mówić, że ktoś inny żyje na jego koszt...).

Warto zaznaczyć, że Bakunin, wbrew temu, co niektórzy sądzą, nie występował przeciwko własności prywatnej jako takiej. Przeciwnie: każdy powinien mieć "pełne prawo do rozporządzania własną osobą czy majątkiem wg własnego uznania bez zdawania komuś z tego relacji", a "w przypadku (...) ataku na majątek (...) rodowitego mieszkańca lub cudzoziemca, społeczeństwo zastosuje wobec takiego delikwenta zgodne z prawem kary".

Ogólnie rzecz biorąc trzeba uprzytomnić sobie fakt, że anarchizm nie znaczy, iż przynależność do jakiejś struktury społecznej nie będzie narzucała innych ograniczeń na wolność jednostki niż te podstawowe (poszanowanie wolności drugiego człowieka). Może być tak, że w anarchistycznym społeczeństwie wszelkie organizacje żądałyby od swoich członków pewnych (nawet dość sporych) ograniczeń w zamian za przynależność. Plusem byłaby jednak możliwość wyboru: przynależeć lub nie, bez obawy o prześladowania ze strony tych organizacji. Dziś nawet bezpaństwowcy muszą płacić podatki, respektować granice i rozmaite ograniczenia w rodzaju zakazu posiadania narkotyków - pod groźbą fizycznych represji.

Bakunin opowiadał się za pewnym konkretnym ogólnym modelem praw i instytucji, które według niego mogła i powinna przyjąć cała ludzkość, choć co do szczegółów przyznawał, że "nie jest możliwe uchwalenie jednej konkretnej, powszechnej i łączącej reguły wewnętrznego rozwoju i politycznej organizacji narodów". Ale według mnie nie ten konkretny model stanowi o tym, że był on anarchistą, lecz to, że opowiadał się za tym (choć być może z pewnymi wyjątkami), by był on przyjmowany dobrowolnie.

Jacek Sierpiński
"Mać Pariadka" nr 3-4/98


  • BOLO BOLO

BOLO BOLO 24 str.A5

Trochę dziwny to esej. Początkowo czytanie powodowało, że się bardzo męczyłem i nie bardzo łapałem o co chodzi autorowi (autorom). Jednak każda następna strona powoli, ale niezwykle skutecznie wciągała, więc końcówkę pochłonąłem właściwie jednym tchem. Autor, stosując ciekawe, a jednocześnie trochę dziwne zabiegi i porównania, dodaje całości baśniowo-metafizycznego klimatu. Jednocześnie broszura ma charakter pracy quasinaukowej. W pierwszej fazie prezentuje wszechstronny szkic, opis struktury obecnego systemu rządzącego światem, nazywanego tu maszyną, czy szerzej Planetarną Maszyną Pracy. Opisuje jej schematy działania, ludzi ślepo wykonujących polecenia, często nie zdających sobie sprawy z tego co robią. Następnie krytykuje, dość skutecznie i przekonywująco dotychczasowe metody i próby odejścia od maszyny. Sugeruje nawet, że maszyna jest wieczna. Jednak pesymizm nie trwa zbyt długo. Kilka akapitów dalej możemy odnaleźć wskazówki jak wybrnąć z tych śmierdzących układów. Pomocny ma być tytułowy Bolo Bolo. Czym jest ten śmiesznie brzmiący splot wyrazów? To lekarstwo dla nas, to wszechstronny, frontalny atak na maszynę zbliżający ludzi dotychczas dalekich od siebie. Autor podaje konkretne sposoby realizacji tego pomysłu. Sugeruje jak działać, jak się zachować a także przepowiada co można osiągnąć. Zaklina się, że może się to udać w ciągu pięciu lat. Chwilami rozważania te przypominają coraz bardziej popularny system wymiany bez pieniędzy LETS. Raczej trudno mi podzielić optymizm autora, ale na pewno coś w tym jest./S/

Wiatry nr 14


  • BUDAJCZAK MAREK

MAREK BUDAJCZAK, EDUKACJA DOMOWA, s. 224, A5

Zdaję sobie w pełni sprawę, że to nie jest pozycja dla każdego. Raczej znajdzie ona dość wąskie grono odbiorców, ale autor i tak wykazał się ogromnym samozaparciem i konsekwencją. Nie dosyć, że zebrał pokaźną literaturę, napisał rzetelny materiał, sam go wydał to jeszcze opisywane zagadnienia sprawdźił i ciągle sprawdza w praktyce. Chylę czoła. Praca napisana jest dość przystępnie. Autor postarał się, aby czytelnik miał pod ręką wszystko co jest potrzebne do zrozumienia zagadnienia edukacji domowej. Stąd początkowe rozdziały zawierają próbę uchwycenia definicji przewodniego wątku (każdy słyszał o nauczaniu indywidualnym, które w naszym szkolnictwie funkcjonuje gdzieś na boku, albo widział w telewizji filmy opisujące życie sprzed wielu lat, w których pojawiali się guwernerzy, ale pewnie niewielu wie. że istnieje coś takiego jak uczenie się w domu poza strukturami stworzonymi przez MENiS, ale jednak pod ich nadzorem) i podstawy prawne na mocy, których nauczanie w domu dzieci, np. przez samych rodziców jest możliwe. Na kartach mamy w miarę dokładną analizę podstaw prawnych począwszy od dokumentów tak fundamentalnych jak Powszechna Deklaracja Praw Człowieka (wersja angielska i polska), a skończywszy na rodzimych aktach prawnych. Autor, bardzo słusznie, wytyka liczne błędy translatorskie i w konsekwencji legislacyjne w polskich dokumentach. Następnie w szerokim spektrum prezentuje różne strony edukacji domowej w USA, Wielkiej Brytanii i Polsce. Pisze o historii, danych statystycznych, efektach nauczania, porównuje możliwości i umiejętności uczniów ze szkół powszechnych z uzyskanymi przez uczonych pod kontrolą rodziców -wszelkie dane wypadają na korzyść tych drugich, a w najgorszym razie są zbliżone. Ukazuje finansowe bariery, których przekroczenie jeszcze długo będzie ograniczało rozwój takiej formy przekazywania wiedzy i umiejętności. A propos przeszkód, to chyba nic nie pokona rodzimych urzędników. Autor barwnie relacjonuje własne zmagania z przedstawicielami kuratoriów, ministerstw, sądów czy bezpośrednio szkół, którzy podkładali mu kłody pod nogi na drodze do swobodnego edukowania własnych dzieci. Wywód jest na tyle obiektywny, że
Budajczyk nawet tłumaczy motywacje niektórych wrogów jego pomysłów - przecież gdyby wszyscy zaczęli być miłośnikami nauczania w domu, to szkoły stałyby się zbędnym widokiem w krajobrazie naszych miast i wsi. a wtedy pracę straciłoby masę ludzi. Jednak przyznacie, że ta wizja bardzo długo jeszcze pozostanie utopijną, tym bardziej autor postanowił być konsekwentnym i zmierzać do celu. Ciekawa lektura, pozwala poszerzyć horyzonty. Polecam szczególnie praktykującym nauczycielom, których wśród naszych czytelników nie brakuje. /S/

Wiatry nr 20



  • GÓRSKI RAFAŁ

RAFAŁ GÓRSKI "DEMOKRACJA UCZESTNICZĄCA W SAMORZĄDZIE LOKALNYM"

Pewnie każdy nie raz i nie dwa zastanawiał się jak to jest, że politycy kochają obywateli tylko w czasie wyborów, a po ich, pozytywnym dla danego delikwenta, finale, mają wszystkich w dupie. Odpowiedź może mieć różne oblicze, ale jedną z podstawowych sekwencji jest ta, która mówi o błędzie samej koncepcji aktualniej demokracji, która pozwala na całkowitą swawolę wybranych decydentów. Chłopaki, po szopce wyborczej, nieważne czy tej do parlamentu, czy tej o wymiarze lokalnym, są w zasadzie nie do ruszenia. Rafał Górski, uczestnik Federacji Anarchistycznej i współredaktor A-Taku, tą książką ukazuje, że wcale tak nie musi być, że jest alternatywa w postaci demokracji uczestniczącej. Koncepcji, która doskonale skraca dystans pomiędzy zwykłymi ludźmi a tymi przy korycie, która nie zostawia zbyt dużo miejsca na nadużycia, której założeniem jest ciągły nadzór nad działalnością władzy, której celem jest realizacja potrzeb wypracowanych oddolnie przez ludzi. Autor nie ogranicza się tylko do teoretycznych rozważań. Raczej skupia się na konkretnych przykładach zżycia, które jasno ujawniają że nie ma mowy o jakiejś utopii. Opisuje realia stosowania demokracji partycypacyjnej w Porto Alegre w południowej Brazylii. Wychodząc od wątków historycznych, stara się w miarę dokładnie uściślić wszelkie etapy idei z uwzględnieniem każdego ważnego szczegółu łącznie nawet z konkretnymi liczbami niezbędnymi do prawidłowego funkcjonowania koncepcji. Co ciekawe, w Porto Alegre prawo udziału w życiu politycznym mają ludzie od 16 roku życia i nie jest ważne czy ktoś reprezentuje jakaś organizację czy stowarzyszenie czy samego siebie. Każdy jest równie istotny. Za pracę radnego nie dostaje się wynagrodzenia i można być odwołanym w każdej chwili. Kto się nie sprawdza odpada. Pomysł musi się podobać i sprawdzać, skoro co roku angażuje się coraz więcej mieszkańców rejonu. Autor opisuje też (choć bardziej skrótowo) podobne działania we Włoszech i Meksyku (słynny stan Chiapas). Stara się też wskazać na podobieństwa tytułowej koncepcji z wątkami anarchistycznymi opierając się głownie na przemyśleniach Murray'a Bookchina i Michaela Alberta. Zwarty tekst uzupełniają materiały źródłowe dla wnikliwych analityków. Uważam, że trafnym zakończeniem tej noty będzie mały cytat, który notabene wieńczy też książkę: "Demokracja nie jest luksusem, ale potrzebą wewnątrz przekształcającej się perspektywy; jest fundamentalnym wyzwaniem dla społeczeństwa". I jeszcze tylko mała formalność-wydawnictwo jest pierwszym z serii anarchizm-idee-praktyka. /S/

Wiatry nr 20

"DEMOKRACJA UCZESTNICZĄCA"

Na demokracji tak naprawdę położyli krzyżyk już prawie wszyscy. Wojciech Orliński pisał w "Wyborczej" o tym, jak demokracja jest zastąpiona przez spektakl (czego symbolem jest sukces Schwarzeneggera w wyborach w Kalifornii), przyjmując to za naturalny kurs historii - gdy plebs tapla się w komercji, nie myśli już o jakimś decydowaniu. Bo od decydowania to mają być ci mądrzy politycy, a nie jakiś lud. Tym bardziej że na tym zarobić mogą tak politycy, jak i ich bogaci mocodawcy.
Ruch alterglobalistyczny jest na antypodach myślenia liberalno-paternalistycznego. Ten ruch stawia na odnowienie demokracji. Cenną publikacją dla refleksji w tym kierunku jest broszura "Demokracja uczestnicząca w samorządzie lokalnym", autorstwa Rafata Górskiego, wydana przez poznańskich anarchistów. Jak pisze Górski we wstępie: "Będzie tu mowa o skracaniu odległości. O tym, jak może przebiegać droga od obywatela do decyzji o wymiarze społecznym, o różnicach między partycypacją i reprezentacją i o tym, jak demokracja pod wpływem różnych czynników ułatwia lub hamuje nadużycia ze strony rządzących i różnych grup wpływów".

Autor omawia kilka eksperymentów z demokratyzacją życia lokalnego. Od Porto Alegre, najsłynniejszego i sztandarowego przykładu demokracji uczestniczącej, poprzez podparyskie Saint Denis po małe włoskie gminy samorządowe. Górski nie boi się trudnych tematów - na przykładzie USA wskazuje, jak awangardowa koncepcja anarchizmu może prowadzić do dławienia demokracji lokalnej. Nie popada w idealizację komunitarianizmu, wskazując jak w niektórych panczjatach w Indiach lokalny despotyzm tłamsi prawo do niezawisłości poszczególnych jednostek. Wskazuje również - słowami francuskich anarchistów - na konieczność socjalnego wymiaru demokracji lokalnej: polityki bezpłatnej komunikacji publicznej, zasiedlania pustostanów, pełnego zatrudnienia...
Poza tym broszura odzwierciedla nowy trend przewartościowań politycznych w łonie światowego ruchu społecznego. W opisywane doświadczenia zaangażowani są włoscy anarchiści, brazylijscy trockiści, francuscy komuniści. To różne doświadczenia, ale idące w jednym kierunku - przywrócenia należnego miejsca demokracji lokalnej. To dobry znak na przyszłość.
Jan Czarski

Nowy Robotnik nr 8


KSIĄZKI - BROSZURY
CZASOPISMA
A - I
Oficyna Wydalnicza Bractwa Trojka - wydawnictwa anarchistyczne i nie tylko
Książki
Czasopisma
Książki A - I
Książki J - R
Książki S - Z
Pisma A - I
Pisma J - R
Pisma S - Z
Michał Bakunin
Edward Abramowski
Piotr Kropotkin
Poznań
Inne miasta
Internet
A.I.W.
Biblioteka Anarchistyczna
Duch Miejsca
Art - zine Szelest
Artowa
Międzyosobówka


[strona główna]
[katalog] [dystrybucja] [inne wydawnictwa] [multimedia] [nowości w katalogu]
[jak zamawiać] [subskrybcja czasopism] [recenzje] [punkty sprzedaży] [alternatywny poznań] [ciekawe adresy] [kontakt]