Ruch anarchistyczny
Ruch pracowniczy
Opowiadania
Publicystyka
Film
Art
Kulturka i odjazdy
Komix
Zrób to sam
Biblioteka Anarchistyczna
A.I.W.
Instytut Duch Miejsca
Anarchizm *Idee*Praktyka

Czarny Brzask
Inny Świat
Red Rat
Ha!art
Krytyka Polityczna
Jirafa Roja
Książka i Prasa
Vega!POL
Okultura
Obywatel
Akademia Magii
g.a.s
B.I.A
P.N.R.W.I
Likwidator
Gadżety
Pocztówki

Ksiązki
Broszury
Pisma
Scena artowa
Filmy VCD
Muzyka
Inne CD


Popieram Anarchizm

  • KOŁODZIEJ WINCENTY

KOŁODZIEJ, WINCENTY, ANARCHIZM I ANARCHIŚCI W ROSJI I KRÓLESTWIE POLSKIM, s.88 , A6

Wydanie to jest wierną kopią publikacji, która ukazała się w 1992 roku nakładem toruńskiego Wydawnictwa Adama Marszałka. W dużym stopniu jej treść pokrywa się w pracą tegoż autora opisaną obok. Różnica najważniejsza polega na położeniu większego nacisku na zaangażowanie Polaków w rozwój anarchizmu rosyjskiego i światowego. Stąd na stronicach można wyszukać informacje o Abramowskim, Machajskim czy Wróblewskim. Jeżeli ktoś nie zna pierwotnej wersji, to na pewno warto zapoznać się z tą. W końcu na naszym rynku nie ma zbyt wielu rzetelnych, a przynajmniej w miarę rzetelnych, opracowań dotyczących anarchizmu. Ta praca, swego czasu tę lukę skutecznie wypełniła. /S/
Wiatry nr 17

KOŁODZIEJ, WINCENTY , DZIAŁALNOŚĆ ANARCHISTÓW W ROSJI W LATACH 1905-1907

Książka, która pierwotnie ukazała się w minimalnym nakładzie Wydziału Nauk Społecznych PZPR, teraz została powielona w ramach inicjatyw Bractwa Trojka. Autor dość dokładnie studiował literaturę o czym można przekonać się analizując przypisu Rozpoczyna swój rys, który tu podany jest bardzo drobnym drukiem, od genezy anarchizmu w ogóle. Następnie stara się przybliżyć jego rosyjskie losy i tu zaczyna się najlepsza część pracy. Czytelnik może poznać poglądy i częściowo losy nie tylko znanych inicjatorów ruchu wolnościowego, ale także tych już dziś zapomnianych. Kto pamięta, albo słyszał o np. Aksakowie. Tkaczowie (min. wydawał pismo "Nabat"), Ławrowie i kilkudziesięciu innych, częsta anonimowych działaczach. Tom pierwszy skupia się na korzeniach anarchizmu w XIX stuleciu. Ukazuje jego rozkwit i lata kruche. Tom drugi skupia się na działalności zwolenników wolności w czasach rewolucyjnych wyznaczonych w tytule pracy. Trzecia odsłona to ukazanie terrorystycznego aspektu, który był bez wątpienia związany z wschodnim anarchizmem, ale czy aż do tego stopnia, aby poświęcić mu osobny, zresztą najobszerniejszy tom? Przypuszczam, że wyznaczenie takiej konstrukcji, to trochę odzwierciedlenie czasom w których książka się rodziła. Anarchiści nie byli wtedy zbytnio lubiani, a właściwie, która władza ich lubi? Praca zawiera też wiele polskich akcentów. Warto przeczytać. /S/

Wiatry nr 17


  • KROPOTKIN PIOTR

PIOTR KROPOTKIN "PAŃSTWO I JEGO ROLA HISTORYCZNA"

Jeden z klasyków myśli anarchistycznej wykłada w sposób popularny swe ideilri znane w wersji rozszerzonej z antydarwinowskiej "Pomocy wzajemnej". Szczególnie ciekawe są uwagi baćki o gminach miejskich i gminowiadztwie w średniowieczu jako jednej z form istnienia bezpaństwowego i ich dorobku w sferze społecznej, materialnej i duchowej (zaprzepaszczonym potem przez absolutyzm). Gminy wiejskie są omówione bardziej pobieżnie, a trwające ponoć dłużej niż na Zachodzie gminowładztwo słowiańskie zbyte jednym zdaniem. Przy okazji okazuje się, że środek Europy (Polska, Węgry etc.) jest czymś nieznanym nie tylko uczonym zachodnim (zapatrzonym w siebie i może swe kolonie poza Europą, nieznającym jednak jej środka i wschodu), ale i rosyjskim (którzy do dorobku tamtych dokładają znajomość swego kraju, ale o nas mają mętne pojęcie - baćko nie tylko nie zna węgierskich, czeskich i polskich tradycji ustroju wolnościowego, ale w jedynym zdaniu o tych krajach mówi o. umacnianiu się władzy w trakcie walk z najazdem tureckim akurat wówczas, gdy owa władza załamała się. Cóż, bywa...). Mimo tych braków w swej głównej części praca jest godna uwagi, szczególnie dla tych, którzy nie umieją sobie wyobrazić bytu bezpaństwowego w cywilizowanym świecie, (j) 64 str. A6;

Mać Pariadka nr 10/96

KROPOTKIN PIOTR "PAŃSTWO I JEGO ROLA HISTORYCZNA" 64 str. A6

Klasyka! Rys historyczny jednego i najbardziej znanych myślicieli anarchistycznych. Autor zajmuje się analizą rozwoju życia społecznego od ustroju plemion pierwotnych, poprzez gminy wiejskie i miejskie, aż do pojęcia kontroli nad wszystkim przez państwo. Swoje wywody argumentuje pracami wielu badaczy i historyków. Maksymalnie gloryfikuje pierwotne życie w dobrowolnych wspólnotach, które według Kropotkina, trwało do późnego średniowiecza. Maksymalna apoteoza jest trochę naiwna. Właściwie autor wszelkie negatywne aspekty opisywanych zjawisk stara się zminimalizować. Wyjątkiem jest oczywiście funkcjonowanie państwa. Jednoznacznie "ojciec rosyjskiego anarchokomunizmu". uznaje je za samo zło. Trudno się z tym. idąc podobnym tropem, nic zgodzić. Trochę infantylna jest wiara, że gdy upadnie centralistyczna władza, wszystko wróci do pierwotnej harmonii. Jednak nie do mnie należy ocena samych rozważań. Czytając nasunęło mi się ciekawe skojarzenie, że w okresie, w którym broszura powstawała, anarchistów bez problemu nazywano socjalistami, ale w innym odcieniu. Warto to przeczytać. Uzmysłowi się sobie, że to co uczą w szkołach nie zawsze jest zgodne z prawdą. że na całą historię ludzkości można spojrzeć z innego punktu odniesienia i wtedy cała dotychczasowa interpretacja powstania państwa bierze w łeb. Trzeba pamiętać, że przeszłości nic da się obiektywnie odtworzyć. Wszystko co czytamy to w mniejszym lub większym stopniu subiektywne dywagacje badaczy i często pseudobadaczy. Trzeba myśleć i ta broszura stwarza ku temu dużą szansę. /S/

Wiatry nr 12

KROPOTKIN P. "SPÓLNICTWO A SOCJALIZM WOLNOŚCIOWY"

Praca klasycznego teoretyka anarchokomunizmu ujawniająca istotę poglądów Kropotkina, dotyczących państwa, komunizmu wizji przyszłego społeczeństwa, ekonomii etc. Jak wiadomo autor był zwolennikiem ustroju społeczeństwa porewolucyjnego opartego na zasadach komunizmu anarchistycznego. Kropotkin twierdził, że komunizm i anarchizm odzwierciedlają egalitaryzm, który jest dominującą tendencją współczesnych mu społeczeństw Ustrój ten miał doprowadzić do zniesienia wszelkiej własności prywatnej i podziału pracy oraz oprzeć kryteria dystrybucyjne na znanej marksowskie, formule: od każdego wedle jego zdolności, każdemu według jego potrzeb. Nie jest to jednak komunizm w rozumieniu fourierzystów czy tez komunizm w wydaniu Marksa "Jest to komunizm anarchistyczny - bez rządu, komunizm ludzi wolnych. Jest to synteza dwóch celów, ku którym ludzkość dąży od wieków synteza wolności ekonomicznej i wolności politycznej" pisał Kropotkin. Całe społeczeństwo opierać się będzie na swobodnych porozumieniach jednostek i grup terytorialnych czy też zawodowych zastępujących autorytet i przymus. W ten sposób powstać ma tysiące zrzeszeń, komun, zaspokajających najrozmaitsze potrzeby ludzkie i łączących się w federacje. W prezentowanej pracy Kropotkin krytykuiąc komunizm w jego wydaniu etatystycznym, dostrzega dramatyczny problem wszystkich architektów życia społecznego, jakim jest identyfikacja rozwiązań zapewniających harmonię i solidarność w skali makro z poszanowaniem indywidualnej wolności obywateli. "Spólnictwo a socjalizm wolnościowy" jest właśnie próbą rozwiązania tego problemu. /A/

Wiatry nr 16

KROPOTKIN PIOTR "WSPOMNIENIA REWOLUCJONISTY"

Prawdziwa cegła! Wszystkie tomy, po złączeniu, liczą ponad 500 stron. Z tego też względu nie dałem rady przeczytać całości. Właściwie, spiesząc się by zamknąć już "Wiatry". wchłonąłem na razie tylko pierwszy tom. Był on jednak na tyle atrakcyjny, że na pewno zapoznam się z pozostałymi i być może w kolejny numerze naszego infozinea jeszcze raz zobaczycie notatkę o tym wydawnictwie. Kropotkin to najbardziej znany, obok Bakunina, teoretyk i praktyk anarchizmu. Obdarzony, dzięki wszechstronnemu wykształceniu (będąc księciem nie było to trudne na początku XIX wieku w Rosji), doskonalą umiejętnością pisania i dobierania słów. Do tego stopnia, że jego "Wspomnienia" spisane na początku XX stulecia, czyta się niczym najbardziej wciągającą powieść autorstwa super wprawionego pisarza. Zresztą Kropotkin od najmłodszych lat sam tworzył sporo opowiadań, a nawet więcej, wydawał własną gazetę... codzienną! Coś a'la dzisiejszy zine - oczywiście upraszczając bardzo mocno. Miał na pewno dar do samodzielnego zaspokajania swoich marzeń i celów. "Wspomnienia..." w przeciwieństwie do pamiętników, często nie z winy autora, zawierają wiele uproszczeń i zakłamań. I tu pewne gały też są, ale akurat w pierwszym tomie nie mają większego znaczenia, ponieważ dotyczy on dzieciństwa. Poznajemy rodziców, nauczycieli, rodzeństwo, poddanych (ojciec miał sporą ilość chłopów) i otoczenie Piotra. Barwny język powoduje, że łatwo można poczuć klimat dziewiętnastowiecznej Rosji. Autor sporo miejsca poświęcił sytuacji chłopów, których egzystencja była naprawdę tragiczna. Równie pochłaniające są opisy przyrody, której nawet dzisiaj, w epoce wszechogarniającej cywilizacji u naszych, do niedawna jedynych wschodnich, sąsiadów nie brakuje. Pasjonująca lektura stanowiąca doskonale źródło historyczne. Brawa dla wydawcy. Trzeba znać! /S/

Wiatry Piekieł nr 14

O AUTORZE

Piotr A. Kropotkin, obok swojego rodaka Michaiła Bakunia jest jednym z bardziej znanych reprezentantów tego nurtu w historii myśli społecznej i politycznej ubiegłego wieku, który określa się mianem "anarchizmu". Życie Kropotkina obejmuje niemalże całą historię tego ruchu z jego doktrynalnymi oraz filozoficznymi założeniami.
Urodził się 27 listopada 1842 roku w Moskwie, a więc dwa lata po wydaniu "Qu'est-ce que la propriete" P.J. Proudhona, gdzie po raz pierwszy pada deklaracja "Je suis anarchiste!". Umiera w 1921 roku, w cztery lata po rewolucji, która stanowiła kres anarchizmu w jego klasycznej - pierwotnej postaci, ukształtowanej w XIX wieku. Wprowadzając ruch anarchistyczny, ewoluujący teoretycznie, w którym następuje nie tylko modyfikacja, ale także znaczna radykalizacja jej praktycznego programu, w XX wiek.
Kropotkin - potomek jednego z najstarszych rosyjskich rodów, wywodzących się wprost od Ruryka - rezygnuje z pewnej kariery na rzecz już nie tylko walki z samowładztwem, jak wielu z jego pokolenia, ale z państwem, władzą, autorytetem w każdej postaci. Kropotkin to postać z ogromnym autorytetem moralnym tamtego okresu. Ceniony za życzliwość, otwartość, za etycyzm cechujący zarówno jego poglądy, jak i postawę wobec innych "... szanowany nawet przez przeciwników, był tym o czym Tołstoj bezustannie pisał" - twierdził Romain Rolland.
Do ruchu anarchistycznego przystępuje w tym samym czasie, kiedy to kończy swoje burzliwe życie Bakunin (nigdy się nie spotkali). I - wbrew opiniom - ich koncepcje wyraźnie się rozmijają. Więcej ich właściwie dzieli niż łączy. Różnice osobowości: mentalność, temperament, różnice biografii i tradycji filozoficznych z jakich wyrośli, wreszcie różne okresy rozwoju rewolucyjnego ruchu i zasadniczo inna sytuacja, w jakiej działali, nie tylko określały ich koncepcje teoretyczne, ale w decydujący sposób wpływały na ruch anarchistyczny i rolę jego przywódców.

Kropotkin kontynuuje główne założenia i program anarchizmu, odbiegając jednocześnie od poprzedników próbuje odnaleźć własną wizję zmian społecznych, wywieść ją z odmiennych, charakterystycznych dla końca XIX wieku tradycji filozoficznych. Punktem wyjścia teorii Kropotkina jest specyficzna filozofia przyrody, akcentująca "federacyjny" model wszechświata oraz powszechność zjawisk współdziałania w świecie ożywionym.
Kropotkin naukowo ugruntował anarchizm jako system wartości w oparciu o tradycje pozytywizmu, empiryzmu, ewolucjonizmu. Jego poglądy filozoficzne i socjologiczne cechuje naukowy synkretyzm, korzystanie ze szczegółowych rozwiązań kierunków filozoficznych. Przesłaniem całkowicie oryginalnym, różniącym działalność teoretyczną Kropotkina od innych teoretyków nurtu anarchistycznego, jest podejmowana przez niego próba "unaukowienia" tej doktryny, powiązanie anarchistycznej filozofii społecznej, anarchistycznego ideału z osiągnięciami nauki, wprowadzenie postulatów egalitarnego i antyautorytarnego społeczeństwa z nauki, a szczególnie z przyrodoznawstwa.
Teoria mówiąca, iż anarchizm jest, bądź ma być, po prostu nauką, rezultatem zastosowania metod naukowych, więc jedynie prawomocnych, do analizy społeczeństwa i konstruowania planu przyszłej jego organizacji, przewija się przez wszystkie ważniejsze prace Kropotkina. Niezliczone artykuły rozsiane w rocznikach "Le Rewolte" i "The Freedom", a przede wszystkim książki "Zdobycie chleba" oraz "Pomoc wzajemna jako czynnik rozwoju" stworzyły teoretyczny fundament, który w wielu środowiskach spełniał rolę analogiczną do marksistowskiego "Kapitału".

Nie wyrzekając się rewolucji, Kropotkin nadaje jej zgoła odmienny sens niż Bakunin. Analizując przebieg Wielkij Rewolucji Francuskiej oraz Komuny Paryskiej, autor "Etyki" doszedł do wniosku, że za usprawiedliwione i rokujące szanse powodzenia uznać można jedynie te rewolucje, które mają jasno wytknięty cel; nie usiłują zastąpić obalonych organów władzy własnymi; dają masom natychmiastowe poczucie poprawy ich losu (wywłaszczenia, nadawanie żywności). Podstawowym zadaniem rewolucji ma być "zdobycie chleba", czyli zaspokojenie podstawowych, identycznych potrzeb wszystkich ludzi. Kropotkin wyobrażał ją sobie jako długotrwały, powszechny, żywiołowy i zróżnicowany na poszczególnych terytoriach proces, który w ostatecznym rozrachunku doprowadzi do wykrystalizowania się anarchokomunistycznego modelu życia społecznego, stanowiącego syntezę wolności politycznej i ekonomicznej. W sferze rozwiązań ekonomicznych kropotkinowski anarchizm oznacza likwidację pieniądza, własności prywatnej i grupowej oraz moralny obowiązek pracy, sprzężony z egalitaryzmem w dziedzinie dystrybucji. Ma to zagwarantować zaspokojenie własnych potrzeb niezależnie od indywidualnego wkładu pracy poszczególnych osób. Swobodny dostęp do dóbr i usług będzie możliwy wskutek zracjonalizowania gospodarki i ograniczenia kapitalistycznego marnotrawstwa.

P.A. Kropotkin był ostatnim, wybitnym teoretykiem doktryny anarchistycznej. Nie oznacza to oczywiście, by wraz z jego śmiercią, doktryna i ruch z nią związany stawały się zamkniętym rozdziałem w historii rewolucyjnej myśli. Jest natomiast faktem, iż "klasyczna" postać tego kierunku z jej apoteozą jednostki, negacją autorytetu i założeniem naturalnej harmonii interesów społecznych ma w Kropotkinie ostatniego, znaczącego teoretyka. Czymś bowiem jakościowo różnym - tak pod względem teorii, jak i programu, jest rodzący się na przełomie XIX i XX w. anarchosyndykalizm. Również zupełnie innym, tylko w części wiążącym się z tradycjami anarchizmu, są tendencje anarchistyczne we współczesnych postaciach radykalizmu.


Anna Jadwiga Łojewska, PAMIĘTNIK Z DEKADY BEZDOMNOŚCI, Wydawnictwo Replika, Zakrzewo 2006, stron 191.

Książka A. Łojewskiej "Pamiętnik z dekady bezdomności" jest zapisem osobistych wspomnień i refleksji Autorki z okresu jej pobytu i uczestnictwa w jednej z największych i najszerzej znanych w Polsce organizacji zajmujących się pomocą dla bezdomnych, w Fundacji Pomocy Wzajemnej Barka z zarządem w Poznaniu, zwanej na ogół Barką, a w książce A. Łojewskiej …Arką. Praca nie jest opracowaniem naukowym, jednak zasługuje na uwagę polityków społecznych. Na przykładzie Barki, od wewnątrz, A. Łojewska sygnalizuje istotne problemy związane z funkcjonowaniem polskich organizacji pożytku publicznego oraz szerszego kontekstu ich działań. Zawiera relację z dziesięcioletniego uczestnictwa na niejasnym statusie funkcyjnego podopiecznego/pracownika w tejże wspólnocie, uzupełnioną opisem gorzkich doświadczeń z instytucjami niepublicznymi i publicznymi, w trakcie prób jej opuszczania.
Dla nielicznych osób znających temat, główny nurt refleksji A. Łojewskiej nie jest zaskoczeniem. Jest narracją w sposób przejmujący potwierdzającą ich wcześniej sygnalizowane obawy. Przekaz Łojewskiej ma dwie warstwy. Po pierwsze jest osobisty, po kobiecemu emocjonalny, dający wyraz obsesjom, kompleksom i egzystencjalnym cierpieniom Autorki, chociaż nie odsłania do końca wszystkich przyczyn jej popadnięcia w stan bezdomności. W tej warstwie praca Łojewskiej jest autentycznie wartościowym pod względem literackim opowiadaniem na motywach autobiograficznych. W drugiej warstwie, narracja Łojewskiej jest świetnie napisaną publicystyką polityczno - społeczną, z wyraźnymi, dobrze przemyślanymi przesłaniami. Przesłania te nie są "amatorskie", Łojewska, legitymująca się wyższym wykształceniem w zakresie nauk społecznych, jest znakomitą obserwatorką, swoje doświadczenia i refleksje w sposób komunikatywny i przekonujący werbalizuje i orientuje na budzący szacunek system wartości.
Przyczyną traumatycznych przeżyć Autorki było i jest doświadczenie niekompetentnej pomocy w sytuacji, gdy stała się bezdomna. Negatywnie ocenia ona skutki wieloletniego mamienia jej fałszywą, z jej punktu widzenia, ideologią, wtłaczaną na zasadzie prania mózgu w instytucji totalitarnej (w rozumieniu E. Goffmana). Dokonanie przez nią bilansu dziesięciu lat życia, doprowadziło ją do wniosku, że zostały one bezpowrotnie utracone, ponieważ ani o krok nie przybliżyły jej do jakiejkolwiek możliwej do zaakceptowania "domności", przywrócenia poczucia godności i powrotu do społeczeństwa. Najważniejszy kierunek działań Barki ("pierwszy i podstawowy"), określany jako Program Wspólnot, którego Autorka stała się uczestnikiem i ofiarą, jest znakomicie publicznie prezentowany przez tę fundację, zarówno w Polsce jak i za granicą. Te autoprezentacje zawierają, poza informacją o działaniu, przede wszystkim silne i nad wyraz skuteczne przesłanie marketingowe. Świadczy o tym krajowe i zagraniczne uznanie dla projektu, owocujące pozyskiwaniem za jego realizację prestiżowych nagród i środków finansowych, publicznych i niepublicznych. A. Łojewską (s. 177) rażą kolejne nagrody za edukowanie i usamodzielnianie kloszardów, w sytuacji, gdy działania te nie są skuteczne, przy tym przez nikogo poważnie nie kontrolowane. Barkowy Projekt Wspólnot A. Łojewska w swojej pracy przedstawia z własnego punktu widzenia, do czego ma prawo. W żadnym miejscu, nawet aluzyjnie, nie stawia zarzutu malwersacji środków przekazywanych Barce, nie w tym rzecz. Mocno stawia tylko(?) zarzut ich niewłaściwego wykorzystywania, a mówiąc jej językiem, "przepieprzenia" na realizację projektu promującego liderów, a szkodzącego co najmniej części podopiecznym.
Projekt Wspólnoty, o którym mowa, polega ogólnie na przyjmowaniu do Barki osób w różny sposób wykluczonych społecznie, lub znajdujących się w sytuacji kryzysu życiowego, który, w okresie przyjmowania do niej, polega na utraceniu przez nich zdolności do samodzielnego życia. Przyczyny tych kryzysów mogą być różne i w różnym stopniu odwracalne. Ich wspólnym mianownikiem jest brak mieszkania i wystarczających dochodów, uwarunkowane pierwotnymi przyczynami tego stanu. Mogą nimi być m.in. desocjalizacja i negatywny stygmat społeczny po opuszczeniu zakładów karnych czy wieloletniej prostytucji, marginalna pozycja na otwartym rynku pracy i bezrobocie, obarczenie opieką nad dziećmi w warunkach braku pracy i mieszkania, zaburzenia psychiczne, często będące rezultatem traumatycznych przeżyć w okresie dzieciństwa i dojrzewania, konflikt rodzinny. Wspólnymi mianownikami sytuacji "barkowiczów" uczestniczących w programie wspólnoty jest bezdomność i na ogół samotność, jednak uczestnicy programu pozostają zróżnicowani ze względu na potencjał zdolności do odbudowy własnej samodzielności i życia w społecznie akceptowanych formach. Są wśród nich tacy, którym do zażegnania kryzysu życiowego wystarczyłaby przewidziana w ustawach socjalnych pomoc publiczna: tymczasowe schronienie, kompetentna pomoc w kierunku usamodzielnienia, w pewnej nieodległej perspektywie mieszkanie socjalne i/lub po prostu znalezienie pracy. Są także tacy, którzy zapewne, bo zawsze są wątpliwości, nie mają już szans na pełną integrację ze społeczeństwem i samodzielność. Dla nich propozycja alternatywnej formy życia i odbudowy więzi quasi rodzinnych we wspólnotach, i ogólnej wspólnocie Barki, może być dobra, a nawet zbawienna. Dodać warto, że Barka proponuje dożywotni udział (życie) we wspólnocie, a nawet awans w jej strukturze, dla osób, które w oczach jej animatorów, Tomasza i Barbary Sadowskich, najpełniej identyfikują się z ich ideą i wykazują się przy tym, poza lojalnością, także umiejętnościami w liderowaniu wspólnotom, w pracy biurowej, instruktorskiej itp.
Trudno jest określić proporcje między płytko i głęboko bezdomnymi we wspólnocie Barki, wiadomo jednak na pewno, że są w niej osoby płytko bezdomne, czyli zdolne do pełnej samodzielności życiowej po udzieleniu im kompetentnej pomocy. Problem w tym, że w obecnym stanie systemu pomocy dla bezdomnych, funkcjonującego bez żadnych obowiązkowych standardów i realnych gwarancji, pomocy takiej mogą nigdzie nie uzyskać, i nie mieć realnych szans wyboru placówki, w której będzie im udzielana pomoc w kierunku ich "integracji" społecznej. Tu tkwi istota problemu. Mimowolni uczestnicy programu, poddani intensywnej indoktrynacji wspólnotowej, w tym próbie nadania im nowego sensu życia (poświęcenia dla innych rozbitków życiowych, tworzenia dla nich nowych miejsc w coraz lepiej urządzonej wspólnocie), skierowani do około 20 osobowych wspólnot wiejskich, odległych od wielkomiejskich, zróżnicowanych rynków pracy, przez cały okres pobytu zmuszani do oddawania Barce lwiej części wszelkich swoich dochodów (na utrzymanie), szykanowani za podejmowanie pracy poza strukturami Barki, oddalają się, a nie przybliżają się do swojej autonomii, indywidualizmu i poczucia godności osobistej, które Łojewska na ogół określa słowem "domność". Ci, którym udaje się Barkę opuścić, i pozytywnie odmienić swój los, wychodzą z niej tylko z bagażem podręcznym, w sytuacji na ogół nie lepszej niż przed przybyciem do niej (s. 188), a często jeszcze gorszej.
Do fenomenu Barki, będącego świadectwem siły jej medialnego wizerunku (animatorzy Barki są psychologami), należy nie tylko przyciąganie wielu wpływowych osób w państwie, które chętnie pokazują się publicznie i fotografują na tle jej heroicznej idei, ale także różne przejawy ich bezkrytycznego wsparcia, swoistej ślepoty ludzi, od których powinno się wymagać rzeczywistej troski o słabych, a oprócz tego kompetencji. Są wśród nich nie tylko przedstawiciele zarządu miasta Poznania, ale także byli lub aktualni parlamentarzyści, ministrowie, ambasadorzy, profesorowie blisko związani z polityką społeczną. Przedstawienia proponowane im przez Barkę, zwłaszcza w Poznaniu, a także chór "swobodnych wypowiedzi" uczestników, budzą w nich pozytywne wzruszenia, lecz niestety niewiele refleksji. A. Łojewska, czynnie uczestnicząc w tych autoprezentacjach, dziś wspomina je, jako traumatyczne przeżycia. Za przykład "kupowania" przez VIP-ów złych pomysłów, uznała poznańskie przedszkole Barki, dla dzieci wychowujące się we wspólnocie. Przedszkole prowadzone jest przez bezdomne podopieczne Barki, bez fachowego przygotowania. Efekty tego rodzaju wychowania przedszkolnego i wychowywania dzieci we wspólnocie osób wykluczonych (lub, jak chcą animatorzy Barki, "kiedyś" wykluczonych) można przewidywać. Jedynym problemem powinno być w związku z tym znalezienie odpowiedzi na pytanie, jak zapewnić dzieciom z Barki możliwość uczęszczania do normalnych przedszkoli, gdzie miałyby możliwość przyswajania wzorców życia i nabywania umiejętności, pozwalających na życie w środowisku "domnych". Przez A. Łojewską, ta budząca pozytywne zainteresowanie, nieraz zapewne także podziw VIP-ów jednostka Barki, uznana została za narzędzie tortur (s. 142, 186 - 187) i socjalizacji do życia na marginesie społeczeństwa. Dodać należy, że matki są zmuszane do oddawania dzieci do tego przedszkola, ponieważ same mają obowiązek uczestniczenia w tzw. Szkole Barki, lub wykonywania innych zajęć na rzecz wspólnoty.
Zdaniem A. Łojewskiej, tworzenie wspólnotowych gett osób wykluczonych i zmarginalizowanych może być niebezpieczne dla tych podopiecznych, którzy pragną odbudować swoją autonomię i powrócić do społeczeństwa. Jej zdaniem "społecznicy", tacy jak animatorzy Barki, nie mają interesu w przywracaniu tych nieszczęśników społeczeństwu, nie potrafią tego robić, nikt ich przy tym merytorycznie nie nadzoruje i nie rozlicza. Dodać należy, że według A. Łojewskiej, w Barce obowiązuje doktryna złego i nieprzyjaznego świata zewnętrznego, skłaniająca do poszukiwania ratunku i budowy własnego człowieczeństwa we wspólnocie i pracy dla niej. Autorka na podstawie własnych doświadczeń stwierdza jednak, że nie ma zbawienia dla wykluczonych poza społeczeństwem (s. 182).
Zanim zwerbalizujemy ogólne wnioski, wynikające z lektury książki Łojewskiej, jak wspomniano, nie zaskakujące, dajmy próbkę jej celnego i ciętego języka.
Odnosząc się do własnych doświadczeń ze współczesnym "przemysłem charytatywnym" w Polsce, uznaje ona, że na ogół tworzy on zwykłe miejsca pracy (s. 184), a nawet daje odskocznię do robienia karier. Same organizacje pozarządowe natomiast, idąc tropem wypowiedzi Łojewskiej, lecz już poza jej stwierdzeniami wyrażonymi explicite, są pewnego rodzaju firmami tego "przemysłu". Autorka, ciągle odnosząc się do przykładu Barki, ubolewa, że w Polsce "przemysł" ten, skądinąd odgrywający znaczną rolę, jest niekompetentny i pozbawiony kontroli merytorycznej. Jej zdaniem (s. 183) działalność domorosłych filantropów nie zastąpi zaangażowania instytucji państwa. Wielokrotnie stawia zarzut (np. s. 174) nieprofesjonalnych działań "pomagaczy" niszczących psychikę podopiecznych, uznaje, że mogą oni przez swój brak profesjonalizmu być dla nich niebezpieczni (s. 138). Sama siebie uznaje za przykład osoby, która (s. 173) dała sobie wmówić, że swoją obecnością w Barce przyczyni się do zbawienia świata.
Odzyskanie, po ciężkich przejściach, własnej "domności", jak pisze Łojewska, daje możliwość życia własnym, a nie wydumanym przez liderów Barki życiem. Jej zdaniem nie można (s. 182) zmuszać ludzi pragnących powrotu do społeczeństwa do tworzenia quasi rodzinnych więzi we wspólnotach, bo jest to dla wielu niepotrzebne, trudne, niemożliwe. Jest tak tym bardziej, że samodzielność ekonomiczna tych wspólnot, w przypadku Barki, jest zwykłą fikcją. Za swoiste podsumowanie refleksji Łojewskiej służyć może jej gorzkie i, skądinąd brutalne, wyznanie, że "Bezdomność fizyczna, to koczowanie pod drzewami, nie było dla mnie tak straszne, jak działania różnych niewydarzonych filantropków, którzy swoje poczucie wartości i sens życia budowali na rzekomym pomaganiu mi, próbując unicestwić, gdy moja wizja własnego rozwoju rozmijała się z ich" (s. 171). Nieco dalej (s. 176) Łojewska wzywa: niech idealiści i artyści szukają idei, ale nie kosztem nędzarzy!
Z książki A. Łojewskiej bezpośrednio lub pośrednio, wynikają rekomendacje dla polityki społecznej, których realizacja umożliwiłaby podniesienie aktualnego systemu pomocy dla bezdomnych w Polsce na wyższy poziom. Poniżej proponuję niektóre z nich.
Wyjściową ich przesłankę można wyrazić w stwierdzeniu, że bezdomni są zróżnicowaną kategorią społeczną, różne są ich szanse powrotu do społeczeństwa i różne w tym zakresie aspiracje. Ważne jest, aby programy ich integracji społecznej i "odbudowy człowieczeństwa" dostosowane były do ich potrzeb i oczekiwań, dawały szansę wyboru drogi życiowej. Dostosowanie to i możliwość wyboru będą możliwe wtedy, gdy pozwoli na to stan infrastruktury i ogólnie system pomocy dla nich.
Pomocy osobom wykluczonym w powrocie do społeczeństwa, jeśli takie jest ich pragnienie, mogą skutecznie udzielić tylko ludzie, którzy sami jednoznacznie respektują podstawowe instytucje społeczne, takie jak, wolność i niezależność jednostek, uczestnictwo w otwartym społeczeństwie, a wreszcie rodzina i jej autonomia. Kompetencje osób wspierających bezdomnych, ich wiedza specjalistyczna, powinny być ukierunkowane na ułatwianie reintegracji społecznej. Przedwczesne nakłanianie do zakładania komun i pozostawania w nich może być dla podopiecznych szkodliwe.
Wszystkie instytucje posiadające silny, egzystencjalny wpływ na podopiecznych, w tym udzielające pomocy bezdomnym, muszą być poddawane kontroli merytorycznej. Efekt usunięcia z oczu opinii publicznej osób problemowych za relatywnie niewielkie pieniądze, nie powinien dla elit i administracji publicznej oznaczać "świętego spokoju", wyłączenia tych osób spod pieczy, bo to naraża je na działania szarlatanów. Publiczna kontrola merytoryczna przynajmniej niektórych organizacji pozarządowych jest obecnie niepełna, może opierać się na dziecinadzie autoprezentacji i byle jak skleconych danych. Nie ma wskaźników efektywności (skuteczności) działań na polu reintegracji społecznej, a tym samym efektywności wydatkowania publicznych pieniędzy. Co ważne, przy ocenie realizowanych programów potrzebne są także sensownie pozyskane opinie podopiecznych, czyli klientów, dla których, w znacznym zakresie za pieniądze publiczne, realizowane są szczególnego rodzaju usługi. Opinie te, w sposób sprzeczny z logiką społeczeństwa rynkowego, są dziś ignorowane.
Systemem nerwowym "przemysłu charytatywnego", jeśli pozostaniemy przy tym ironicznym określeniu A. Łojewskiej, są transfery publicznych środków finansowych. Potrzebne jest urynkowienie usług świadczonych na rzecz osób wykluczonych, zwłaszcza bezdomnych. Administracja publiczna, odpowiedzialna za realizację zadań profilaktyki bezdomności i pomocy dla nich, powinna umacniać i doskonalić (słusznie!) ustawowo nakazany jej przetargowy (lub zbliżony do przetargowego) sposób powierzania zadań publicznych organizacjom pożytku publicznego lub własnym jednostkom budżetowym, jeśli okażą się skuteczniejsze. Utrudnia to zrzucanie z siebie odpowiedzialności za jakość realizacji tychże zadań. Nie wszystkie usługi dla bezdomnych da się wystandaryzować, wyspecyfikować i wycenić w jednostkach pieniężnych, ale to są oczywistości, których przy tej okazji nie warto werbalizować.
Podsumowanie powyższego wywodu recenzyjnego może być dla Czytelnika zaskakujące. Autor recenzji, zgadzając się w pełni z refleksjami A. Łojewskiej i gorąco polecając je zainteresowanym, oświadcza, że nie miał i nie ma zamiaru kwestionować wysoce pozytywnego wpływu organizacji pozarządowych na przeciwdziałanie wykluczeniu społecznemu w Polsce, w tym zwłaszcza na pomoc dla bezdomnych. Wszak w Polsce 85 % wszystkich stacjonarnych i doraźnych usług dla bezdomnych bezpośrednio świadczonych jest przez te niepubliczne organizacje. Nie wymaga to długiego komentarza. Autor recenzji nie zamierza także i uważa za bezpodstawne odbieranie liderom tych organizacji, w tym Tomaszowi i Barbarze Sadowskim, animatorom fundacji Barka, należnego im szacunku i czci. Wypowiedź swoją traktuje po prostu jako realizację prawa do krytyki i niezależnych ocen, z których dla ich dobra nie są, i nie mogą być wyłączone żadne instytucje i osoby. Skądinąd nie jest to nawet krytyka Programu Wspólnot Barki, jeśli rzeczywiście będą one adresowane do osób, które wyczerpały możliwości samodzielnego życia w otwartym społeczeństwie i wyrażają pragnienie pozostania w tej alternatywnej formie życia. Najlepszą odpowiedzią na patologie tego i innych programów, innych organizacji, jest zapewnienie bezdomnym realnej szansy wyboru miejsca i sposobu ich resocjalizacji, oraz gwarancji udzielenia im kompetentnej pomocy w zakresie odpowiednich dla nich standardów, za co wyłączną odpowiedzialność ponosi administracja państwowa. Instytucje charytatywne powinny pozostać jej partnerami, ale ich niezależność, też względna, powinna ograniczać się do granic finansowej niezależności od środków publicznych. Takie być może/prawdopodobnie jest także pełne przesłanie Autorki recenzowanej książki, chociaż zamiast uzasadniać taką ocenę, lepiej odesłać Czytelników do słów expressis verbis przez nią wypowiedzianych.
Jeszcze raz gorąco polecam lekturę książki Anny Jadwigi Łojewskiej, która z pewnością poszerza wyobraźnię i rzuca nowe światło na kwestię bezdomności i niektóre aspekty działalności charytatywnej.

Andrzej Przymeński
a.przymenski@ae.poznan.pl
lipiec 2006


  • MANIFEST ANARCHISTYCZNY

MANIFEST ANARCHISTYCZNY

To dopiero pamflet. Bynajmniej nie należy rozumieć tytułu dosłownie. Słowa bywają złudne, choć te wypływające z tych stronic, owszem, dotyczą anarchizmu, ale zmieszanego z... wampiryzmem. Możemy przeczytać zdania pełne zemsty, frustracji i wściekłości wykrzyczane przez hiszpańskiego uczestnika antyrządowych wystąpień na przebrnie ubiegłych stuleci. Tylko to picie krwi... To chyba metafora, bo jeśli nie to ja odpadam. /S/

Wiatry nr 17


  • MEINHOF ULRIKE

MELIN J. LASKY "ULRIKE MEINHOF I BANDA BAADER-MEINHOF"

Każdy, kto choć trochę interesuje się szeroko rozumianym lewactwem musiał słyszeć o działających w latach 70-tych Grupie Baader-Meinhof, "Ruchu 2 Czerwca" czy szerzej Frakcji Czerwonej Armii". Ta książka porusza wątki związane z funkcjonowaniem anarchizujących terrorystów w Niemczech w czasach tuż po rewolcie studenckiej z 68. Autor nie ukrywa swoje dezaprobaty dla bohaterów stronic. Porównuje ich do hitlerowców, tym samych popada w schematy czarno-białego widzenia świata, które zarzuca Ulrike Meinhof i jej towarzyszom. Mimo tego, materiał jest wart poznania, choćby, dlatego, że w Polsce niewiele jest powszechnie dostępnych wydawnictw poświęconych temu zjawisku. Lasky stara się opisać problem tak, aby czytelnik w 100 % popart jego poglądy. Stąd pokazuje raczej negatywne wątki z historii, np. luksus terrorystów siedzących w więzieniu, autorytarne ciągotki części z nich, kierowanie telewizją, przedmiotowe traktowanie dzieci czy przywołując listę ofiar. Ta gra uczuciami czytelnika dowodzi, że słowa wyszły spod ręki fachowca. Autor większość swoich opinii ukształtował na bazie wspomnień męża Meinhof, który czuł się pozostawiony na lodzie, więc należy założyć, że jego relacje nie mogą być całkowicie obiektywne. Nie omieszkał również poruszyć, głośnego swego czasu motywu finansowania "Czerwonej Armii" przez Moskwę. O dziwo, stwierdza prawdziwość domysłów, ale tylko w początkowej fazie krystalizowania się ruchu. Jedyną pozytywną sprawą, którą dostrzega wśród rewolucjonistów to niezwykła solidarność. Całość powstała w 1975 roku, a więc wydawca dorzucił swoiste pokłosie sucho informujące o śmierci pomysłodawców tytułowej bandy. /S/

Wiatry nr 20


  • MOJE MIASTO

"MOJE MIASTO" - KSIĄŻKA INSPIRUJĄCA

Szczęśliwy duch wielu moich najlepszych kontaktów z krajem, czyli Leszek Przychodzki spowodował, że podesłano mi książkę niezwykłą. Rzecz, zainicjowana i wydana przez Instytut Ruchu Społeczeństwa Alternatywnego "Duch miejsca" (Gdańsk, 2002), nosi tytuł "Moje miasto", składa się zaś z 48 tekstów różnych autorów, nie licząc wstępu Janego (P. Waluszko) oraz "uczonego" "Post scriptum" pióra Radosława Kryszka. Zgodnie z tytułem zbioru teksty są odpowiedziami na wyzwanie tkwiące w formule przedsięwzięcia wydawniczego, wielorakimi, nasyconymi osobowością autorów relacjami o miastach, które zaważyły na kształtach ich tożsamości.

Niezwykłość przedsięwzięcia redakcyjno-wydawniczego tkwi w tym, że jego inicjatorzy z analizy powojennych cywilizacyjno-społecznych procesów przekształcania się przestrzeni miejskich oraz towarzyszących temu zmian świadomościowych, w tym ewoluowania wielopostaciowych więzi ludzkich w ośrodkach urbanistycznych, wyciągnęli wniosek o kształtowaniu się nowych jakości w relacjach człowiek - miasto. Postanowili też ujawnić te nowe relacje. Faktem jest, bowiem, że dziedziczone ongi poczucie "obcości miasta" ("kultura polska była wiejska za Polski szlacheckiej i antymieszczańska za Polski inteligenckiej / wstęp Janego, s. II) w ciągu ponad 50-letniego rozwoju nowej kultury materialnej, niezależnie od popularnego dziś exodusu na łono natury całych rzesz frustratów, ustąpiło miejsca poczuciu więzi z konkretnymi przestrzeniami miejskimi, zakorzenienia i zadomowienia.
W ,,trzeciej Polsce" - mówi cytowany już współautor antologii - (po tradycyjnej za I RP i etatystyczne/ za II RP i PRL-u, a od 1989 - zachodnio-rynkowej) nie sposób już uchylać się miastu, trzeba je przemyśleć i przyswoić, a zacząć wypada od rozpoznania naszego aktualnego obrazu miejskości (niektórym osobom tytuł "MOJE miasto " sugerował, że musi to być od razu jakieś poczucie zakorzenienia, przywiązania doń - nie koniecznie - jest "moje bo tu żyję, bo to ja je widzę i opisuję; a co czuję, właśnie ta praca miała dopiero pokazać. Nie chodziło zatem autorom przedsięwzięcia o uzyskanie konwencjonalnych, np. turystyczno-topograficznych czy historycznych konterfektów miast, w których przypadło dziś nam żyć, ale o uchwycenie "duszy" czy "ducha" miast (przypominam, że to określenie Witkacego), pojmowanego w kategoriach niekoniecznie metafizycznych, zatem "ducha" wyłaniającego się z trwalszych kontaktów z miastem, z obcowania z jego różnorodną materią, z obecności z nim i z relacji z tym wszystkim, co na nie się składa. Słowem o materiał obrazujący budowanie współczesnej tożsamości w relacjach z miejscami. Bo przecież - jak zauważa jeden z autorów tekstów o Wrzeszczu - budowa więzi ze światem zaczyna się od domu i ludzi, którzy w nim mieszkali (s. 92) i podąża poprzez wszystkie wtajemniczenia w kręgi kosmosu, poczynając od mikrokosmosu (mieszkanie dom, podwórko, przedszkole, szkoła itd.).

Autorami większości opublikowanych tekstów są ludzie średniego pokolenia, co szczególnie istotne i ciekawe w przypadku ośrodków miejskich, którym miniona wojna przecięła ciągłość rozwoju i przyniosła gwałtowny upadek przez wieki kształtowanej tradycji. W najwyższym stopniu dotyczy to środowiska gdańskiego, wrocławskiego czy szczecińskiego, więc miast, z którymi pierwsi powojenni osadnicy długo nie potrafili się identyfikować, więc i uwolnić się od doświadczanego w nich poczucia obcości. Ponieważ sam należę już do ichtiosaurów (dzieciństwo moje kształtował Radom przedwojenny i okupacyjny) z uwagą śledzę wspomnienia dotyczące wyrastania, dojrzewania kształtowania się i przepoczwarzania dzisiejszych pięćdziesięcio- czy czterdziestolatków wśród aglomeracji Trójmiasta czy Szczecina. Dodam tu, że właśnie środowisko trójmiejskie, stąd mi bliskie, iż cały okres szkolnej i akademickiej edukacji spędziłem na Wybrzeżu, jest w zbiorze szczególnie obficie reprezentowany. Pokolenie, które zaledwie raczkowało w latach sześćdziesiątych, widzi swe miejsca raczkowania, "lampartowania się" wśród rówieśników i zdobywania pierwszych wtajemniczeń w zakresie sztuki życia inaczej niż my, tzn. "w dwójnasób już dorośli" nie mówiąc już o naszych rodzicielach, pełnych kompleksów i rezerwy wobec bezpośrednio powojennego życia. Czym innym były autorów antologii jako niedawnych jeszcze małolatów Sopot, Wrzeszcz czy Wrocław. Z melancholią śledzimy i inność tych relacji, i ich - poza zjawiskami typowymi, pokoleniowymi -oszałamiające bogactwo, i zmiany kulturowo-cywilizacyjne, i wreszcie nowe kompleksy. W związku z tym książka ma znaczenie wielorakie. Dla zwykłych czytelników stanowi i z uwagi na materię opowieściową, i różnorodność form narracji, ciekawy, obfitujący niekiedy w informacje również historyczne, wieloperspektywiczny, nasycony subiektywizmem obraz wielu współczesnych ośrodków miejskich (tych wznoszących się i tych przeżywających okres stagnacji) naszego kraju. Dla socjologów, historyków i psychologów to znakomity materiał dla analiz sięgających doświadczania więzi z miastem, kształtowania się tożsamości indywidualnej i społecznej oraz relacji między oficjalnymi i nieoficjalnymi nurtami życia miast.

Książki nie połyka się jednym tchem. Raczej się ją trawi, wertuje, wracając do akapitów narzucających refleksje. Z równym zainteresowaniem czyta się teksty poświęcone Białemustokowi, Lublinowi, Warszawie jak i Łodzi czy Otwockowi. Elbląg pojawia się tylko raz i niemal mimochodem, a to jedynie jako miejsce wyjazdu. Przyznam też, że jako elblążanin zazdroszczę Ruchowi Społeczeństwa Alternatywnego "Duch Miejsca" tej inicjatywy wydawniczej, jak i żałuję, że miasto nad Kumielą, z którym dawno złączyłem swój los, nie jest w nim reprezentowane. Boję się też, że przy aktualnej dystrybucji książek, egzemplarze, "Mojego miasta" tu nie trafią. Podniosę jeszcze jedno, mianowicie to, że jej teksty mają charakter inspirujący. Z wszystkich moich tekstów, nie wyłączając jeszcze nie penetrowanych pokładów pamięci, wycisnąłbym całą i to opasłą książkę poświęconą moim, tj. osobistym szlakom doświadczania Elbląga, jako "mojego miasta". Taką wersją wspominania była w wysokim stopniu buńczuczne, bo rozrachunkowe i nieco "etapowe" Otrzęsiny, nb. publikowane jedynie w rozsianych po czasopismach fragmentach, zaś osobną próbą sprostania środowiskowym, śmiesznościom czy anachronizmom był "O, gród!.. ale nieplewiony". Lektura "Mojego miasta" zachęciła mnie do poza wydawniczego uzupełnienia zawartości tej książki drukowanym obok na łamach "Tygla" własnym szkicem o moich przestrzeniach Elbląga. Spodziewam się, że tym sposobem złożę przedstawionej tu książce szacunek najbardziej wiarygodny. Miarą, bowiem dobrych i znaczących publikacji jest zawsze ich zdolność do inspirowania kolejnych przedsięwzięć autorskich.

Ryszard Tomczyk
"Tygiel - kwartalnik elbląski" 1-2/03 (30-31)

W POSZUKIWANIU SWEGO MIEJSCA NA ZIEMI

Twierdzenie, że nasze czasy są epoką kryzysu tożsamości, jest już banałem. Przyśpieszona dyfuzja wzorców kulturowych sprawia, ze tożsamość stalą się sprawą wyboru; zwiększona mobilność społeczna prowadzi do rozmywania się tożsamości zbiorowych. Na szczególną próbę narażone są społeczności lokalne, które najłatwiej porzucić i których tożsamość jest najmniej wyrazista. A jednak czasem ukazuje się nam także odmienne, nieznane oblicze współczesności - jak książka Moje Miasto1. Warto ją zaprezentować nie tylko dlatego, że mikroskopijny nakład publikacji uniemożliwia zapoznanie się z nią szerszemu gronu.
W klimat książki wprowadza nas już postmodernistyczny kolaż na okładce, gdzie rycerska zbroja stoi na ulicy, ortodoksyjny Żyd wchodzi w bramę zwieńczoną drutem kolczastym a nad całością lewituje uśmiechnięty Redaktor. W środku znajdziemy wybór 48 opowiadań, wspomnień i historii o miastach - Białystok, Bochnia, Czechowice-Dziedzice, Częstochowa, Gdańsk, Gdynia, Katowice, Kielce, Lwów, Lublin, Łódź, Mielec, Milanówek, Otwock, Poznań, Pszczyna, Sandomierz, Słupsk, Sokółka, Sopot, Stanisławów, Szczecin, Tarnobrzeg, Toruń, Wałbrzych, Warszawa, Wągrowiec, Wrocław, Zawiercie, Zełgard (z tym, że jedna trzecia objętości poświęcona jest Trójmiastu i jego dzielnicom).

Prezentowane tu portrety miast czy dzielnic mają różną formę: stylizowanego na turystyczny przewodnika (Białystok albo w poszukiwaniu zaginionego wzgórza, Wrocław, w którym wszystko płynie); opisu wycieczki, i to zarówno po zabytkach (Sokółka) jak i po... podwórkach i śmietnikach (Białystok ezoteryczny); wspomnień z dzieciństwa (Miejsce urodzenia Warszawa, Gdańsk Siedlce); nawet opowiadań (Bochnia moje miasto, Stanisławów miasto nadziei!). Czasem przewodnik przeplata się z filozoficznym esejem (Wrzeszczański mikrokosmos), innym razem tekst oscyluje między reportażem socjologicznym a literacką makabreską (Mieszkańcy światów alternatywnych czyli dlaczego Pan Bóg zapomniał o Brzeźnie). Na mozaikowy obraz składają się wspomnienia czy bodaj skojarzenia związane z bliskimi miejscami: anegdoty (Raport z małego miasta), miejskie legendy (Mój Gdańsk), okruchy gwary (Poznań swój kraj), obrazki. Historia przeplata się z teraźniejszością, sprawy wielkie z codziennymi detalami, język potoczny z quasi-naukowym (pamiętajmy, że autorami są laicy, co najwyżej amatorzy). Redaktor tego zbornika świadomie nawiązuje do sarmackiej tradycji silva rerum, co nadaje książce niepowtarzalny koloryt; przypomina - proszę wybaczyć tą obrazowość - żebraczą suknię pozszywaną z najróżniejszych łat.
Tym niemniej uważna lektura pozwala odkryć spajające całość nici - wątki przewodnie. Autorzy tekstów są w przeważającej mierze ludźmi młodymi tub młodymi-dorosłymi; większość z nich wyrosła w kręgu kontrkultury (dodajmy, wydawcą jest Instytut Duch Miejsca, związany z anarchistycznym RSA). W dużej mierze determinuje to ich punkt widzenia: wiele miejsca poświęcone jest historii subkultur, topografii zakazanych miejsc itp. (np. Częstochowa w cieniu wieży Jasnej Góry, Kielce - mini-raport z miejskości), co ukazuje zupełnie inny wymiar życia społecznego.
Narrację cechuje nieskrywane subiektywizm - tytuł jednego z tekstów: Mystory (angielska gra słów: analogia do His-story czyli Jego opowieści) dobrze oddaje ich charakter. Życie miast opisywane jest od podszewki - z perspektywy (jakże często gubionej!) codzienności, prywatności nawet. Polityka, a zwłaszcza historia, jest obecna, nigdy nie gra tu jednak pierwszoplanowej roli. Historyczne wydarzenia, jeśli się pojawiają, to z reguły gdzieś na odległym planie. Jest to więc książka nie tyle z dziedziny socjologii, co psychologii społecznej.
To, co jednak najbardziej mnie uderzyło: w olbrzymiej większości snutych tu historii przebija mniej lub bardziej poczucie więzi ze swoją miejscowością. Nawet wtedy, gdy o swoim mieście wyrażają się z dystansem (Gdańsk, Sopot, Gdynia - ani jedno moje miasto, Gdynia), potrafią znaleźć dobre strony życia w nim. Nieporównanie częściej spotykamy jednak takie deklaracje jak: Mielec to mało ciekawe miasto, które nie ma czym zachwycić, nie ma bardzo się czym pochwalić, a ludzie w nim mieszkający są tacy jak wszędzie [...]. Mimo tej przeciętności, Mielec to moje miasto i ciężko byłoby mi mimo wszystko wynieść się z niego gdzieś dalej (M -jak miasto, M -jak Mielec). Musi to zaskakiwać, gdy uświadomimy sobie, że takie poglądy głoszą przedstawiciele anarchizującej, programowo kosmopolitycznej kontestacji. Mamy więc tu do czynienia nie z bezrefieksyjnym uleganiem tradycji, z zakorzenieniem trwającym siłą bezwładu - ale z ukorzenieniem z wyboru.

Na to wtórne zakorzenienie składają się trzy elementy. Po pierwsze jest to nieredukowalny sentyment do świata swego dzieciństwa i młodości (nieprzypadkowo miejscowości często opisywane jest przez pryzmat swoich ulubionych miejsc - vide np. Sandomierz). To zabawne, ale dziś patrzę na to miasto [Tarnobrzeg - i.TĄ jak na swoje życie. Ewoluowało, rosło, zmieniało się wraz ze mną.
Po wtóre - zwłazcza u osób napływowych - spotkamy poczucie obiektywnej więzi z miejscem zamieszkania, zależności od niego i odpowiedzialności za nie. Jeden z autorów, dość często zmieniający adresy, tak to opisuje: "[...] mimo woli, mimo żeby się człowiek nie wiem jak bronił, i tak w to nowe miejsce wniknie. Człowiek się aklimatyzuje, akceptuje, nawet wbrew woli, musi się przyzwyczaić, bo inaczej zwariuje. Zaczyna się niewinnie - od tego, że w znalezionej Wybiórczej czytasz dodatek lokalny, studiujesz rozkłady jazdy tramwajów i autobusów, zaczynasz kumać, kto jest kim, gdzie się chodzi a gdzie lepiej nie, zaczynasz się denerwować, bo gdzieś tam ostanie zabytkowe lampy likwidują, albo ciekawą elewację zastępują styropianem... tak się zaczyna i ani się obrócisz a zaczynasz o nowym mieście mówić (i co gorsza - myśleć) u nas...". Tu lokalny patriotyzm manifestuje się jako uświadomiona konieczność.

Po trzecie istotną rolę odgrywają obiektywne walory miasta. Kocham to miasto także za to, pisze Kielcach jeden z autorów, że jest tu wiele miejsc, zielonych zakątków, gdzie można czuć się swobodnie. Oprócz zieleni, bliskości przyrody ważną rolę odgrywają rozmiary aglomeracji, choć dostrzegane są ciemne strony małych miasteczek (w małym mieście wystarczy jeden błąd [...]- i jesteś skończony, nie ukryjesz się), to jeszcze większą odrazę budzi megalopolis. Poznań jest chwalony, gdyż .. .w tym mieście do wszystkich celów podróży dojedziesz na rowerze z centrum w ciągu kwadransa. [...] Miasto ma jeszcze tą ludzką skalę. Do walorów zaliczany jest wreszcie ulotny klimat stosunków międzyludzkich. Większość autorów z łatwością odnajduje zalety swoich miejscowości; nieraz odnosi się wrażenie, że manifestowana duma z wizytówek miasta takich jak łódzka Pietryna (ulica Piotrkowska) to tylko wtórna racjonalizacja patriotyzmu lokalnego (Łódź, młode miasto z roku 1423).

Jest wszakże jeszcze element czwarty, który opisywanemu tu zjawisku wtórnego zakorzenienia nadaje specyficzny, rzekłbym postmodernistyczny, charakter. Autorzy nie tyle szukają lokalnej tożsamości, co tworzą ją do nowa, wykorzystując z dużą dowolnością najróżniejsze, byle tylko zgodne z ich światopoglądem, surowce. Stąd niejednokrotnie pojawiające się odwołania do lokalnej historii ruchu rewolucyjnego i anarchistycznego, stąd akcentowanie wielokulturowej przeszłości (np. przywoływanie Żydów w tekstach o Sokółce i Lublinie). Swoboda komponowania swojej tożsamości sprawia, że niektórzy sięgają po wręcz egzotyczne składniki, takie jak tradycja wandalska (Milanówek i okolica - dęby i Wandalowie) czy celtycka (Wałbrzych - leśne miasto). Wynika to, jak sądzę, z faktu zerwania ciągłości kulturowej w wielu społecznościach lokalnych na skutek powojennych migracji, forsownej industrializacji itp. procesów (wspominanych np. w Miasto nad Wartą - wzmianki o tworzeniu się nowej tożsamości znajdziemy w poświęconym Szczecinowi tekście Miasto samotne).

Być może jesteśmy świadkami narodzin nowego zjawiska. Problem na pewno wymaga systematycznej obserwacji, głębszej refleksji. To nie wygląda jednak na incydentalną aberrację. Podłożem, z którego to zjawisko zdaje się czerpać soki, jest osiedlowy patriotyzm blokersów (ze swą zwyrodniałą odroślą, fanatyzmem piłkarskich hooligans). Jedna jaskółka rzecz jasna wiosny nie czyni. Ale tych jaskółek jest więcej: akcja polityczna - porozumienie samorządowe Poznań miasto dla ludzi, lokalne inicjatywy społeczne jak Obywatelska Liga Ekologiczna z Gdańska czy grupa Mazowsze Płockie, polska odnoga ruchu Slow Food (i prowadzona na tym samym polu kampania ratowania barów mlecznych), społeczny Instytut Promocji i Rozwoju Kolei broniący połączeń lokalnych, internetowy portal Regiopolis, nawet twórczość wielu hip-hopowców od Liroya do Peji... Nadbudowę teoretyczną znaleźć mogą w libertarnym municypalizmie Murraya Bookchina, w brytyjskim Fourth World Review propagującym human-scale society, w amerykańskim bioregionalizmie spod znaku Planet Drum Foundation. Chyba warto poświęcić temu fenomenowi nieco uwagi.

Jarosław Tomasiewicz
"Moje Miasto. Wybór 48 opowiadań, wspomnień i historii o miastach", pod red. M. Błaut, P. Mróz, J. Waluszko. Duch Miejsca, Gdańsk 2002.


  • ROCKER RUDOLF

OPOWIEŚĆ O HISZPAŃSKIEJ TRAGEDII

Rudolf Rocker to jeden z bardziej znanych teoretyków i działaczy anarchistycznych z przełomu XIX i XX wieku. Urodził się on w 1873 roku w Nadrenii, w rodzinie katolickich robotników o liberalnych poglądach. Mimo swego katolickiego pochodzenia, Rocker stał się najbardziej znany jako działacz Żydowskiego Ruchu Anarchistycznego. Początkowo działał w partiach socjalistycznych, jednak za swe radykalne poglądy został usunięty i wtedy trafił na anarchizm któremu już do końca swych dni był wierny. W roku 1895 osiedlił się w Londynie gdzie poznał jidysz i mieszkał w społeczności żydowskiej. Rocker był doskonałym mówcą i pisarzem publicystycznym. Pisał głównie w jidysz i po niemiecku, udzielał się w kilku pismach anarchistycznych, uczestniczył w anarchistycznych kongresach był zwolennikiem anarchosyndykalizmu, który uważał za nawą formę anarchistycznej teorii i praktyki. Po deportacji z Anglii w roku 1918 ponownie zamieszkał w Niemczech po czym znów był zmuszony je opuścić w 1933 roku. Rocker był wrogo nastawiony zarówno do bolszewickiej rewolucji jak i Arszynowa i jego pomysłu na stworzenie partii anarchistycznej. Osiedlił się w Stanach Zjednoczonych gdzie stał się jedną z najbardziej znanych osób w ruchu anarchistycznym. Najbardziej znaną książką Rockera jest "Anarchosyndykalizm" która została napisana pod wpływem wydarzeń w czasie hiszpańskiej wojny domowej i przeprowadzonych tam rewolucyjnych zmian społecznych. Rudolf Rocker zmarł w 1958 roku.

Opublikowana właśnie w Polsce książka "Tragedia Hiszpanii" również dotyczy epizodu wojny hiszpańskiej. Skupił się w niej Rocker głównie na roli państw imperialnych (Wielka Brytania, Francja), faszystowskich (Niemcy, Włochy) i Związku Radzieckiego w obaleniu zdobyczy socjalnych jakie przyniosła rewolucja oraz w klęsce hiszpańskiej republiki w walce z wojskami Franco. A rola ta była spora, w końcu to brytyjscy i francuscy imperialiści zastosowali taktykę neutralności w konflikcie co spowodowało odcięcie Hiszpanii od dostaw broni, to faszyści niemieccy i włoscy wysyłali do Hiszpanii swe doborowe odziały by wspomagały w walce ich sojusznika Franco aż w końcu to bolszewickie służby specjalne od wewnątrz rozwalały i tak już kruchą jedność obozu republikanów oraz mordowały anarchistów i antystalinowskich komunistów. Być może gdyby wojnę domową w Hiszpanii pozostawiono samą sobie los tego kraju byłby całkiem inny. Innym wątkiem, choć trochę słabiej rozwiniętym, jest rola anarchosyndykalistycznego związku zawodowego CNT i Iberyjskiej Federacji Anarchistycznej w przemianach społecznych i walce z faszystami. To właśnie CNT i FAI jako pierwsze złapały za broni, tyle że ich zamiarem nie była obrona republiki a wzniecenie rewolucji socjalnej która miała wydobyć hiszpański proletariat i chłopstwo z biedy i nędzy. Niestety owa rewolucja została w końcu utopiona we krwi, zniszczona przez bolszewickich agentów Stalina (który obawiał się, że straci wtedy monopol na socjalizm i rewolucję, zresztą dla Stalina zarówno anarchiści jak i nieortodoksyjni marksiści byli wrogami na równi z faszystami Franco) i ich hiszpańskich popleczników. Całe zdobycze rewolucji zostały utracone jeszcze przed zwycięstwem Franco.

Dla kogoś, kto już wcześniej interesował się dziejami anarchizmu na ziemiach Hiszpanii pozycja ta być może nie będzie niczym nowym, jednak zdecydowanie powinien po nią sięgnąć każdy, kto dopiero teraz zaczyna poszukiwać, kogo dopiero co zainteresował anarchizm, każdy komu nie obca jest pamięć o tych którzy oddawali swe życie za wolność i godne życie.

Książeczka została wydana przez nową inicjatywę na polskim rynku anarchistycznym, Anarchistyczną Inicjatywę Wydawniczą skupiającą w sobie kilka ośrodków anarchistycznych z całego kraju. Mimo pewnych błędów i niedociągnięć w tłumaczeniu, książka wydana została w solidny sposób, z kolorową okładką, kilkunastoma reprodukcjami fotografii z okresu hiszpańskiej rewolucji oraz informacjami na temat autora, samym wydawnictwie i kalendarium wydarzeń.
"Inny świat" nr 13


ROCKER RUDOLF "TRAGEDIA HISZPANII", s.96 , A5


Rudolf Rocker

Autor był jednym z najbardziej uznanych działaczy ruchu anarchistycznego końca XIX wieku, a właściwie pierwszej polowy kończącego się właśnie stulecia. Jednym z jego drobniejszych objętościowo dzieł, jest właśnie "Tragedia...". Jak łatwo się domyśleć praca dotyczy okresu wojny domowej w Hiszpanii i zakresem czasowym obejmuje lata 1936-37, a więc nie stanowi żadnego kompendium wiedzy. Pisana na bieżąco w 1937 roku stroni raczej od faktografii. Bazuje przede wszystkim na ukazaniu sytuacji w gorącym kraju pod kątem zachowania państw europejskich wobec rewolucji. Naświetla rolę jaką odegrali stalinowcy. Wylicza ich zdrady i knowania, jednocześnie gloryfikując idee anarcho-syndykalistyczne. Można pytać, czy przez taki schemat zasługuje na określenie dzieła obiektywnego?
Odpowiedź może być negatywna, ale jedno jest pewne. Praca jest dużo bardziej wartościowa, dla badacza tamtych czasów, niż stosy polskiej historiografii zrodzonej w PRL-u. Zresztą owych opracowań nie było wiele co jeszcze bardziej podnosi rangę wydawnictwa. Książka raczej dla czytelnika zorientowanego w temacie, choć częściowo ułatwia jej odbiór, zamieszczone na końcu, kalendarium. Ciekawe są także fotografie. Interesująca inicjatywa nowego zjednoczonego kolektywu. /S/

Wiatry nr 16

  • ROSZAK THEODORE

NAUKA TWORZONA PRZEZ RAPSODYCZNY INTELEKT. WSPÓLNOTA PRZYSZŁOŚCI

Dwa szkice Theodore Roszaka; zamiast porządnej recenzji, której przed wakacjami zrobić bym nie zdążył, dwa cytaty z początku obu tekstów jako ilustracja: "Ponieważ nauka zdominowała kontakt społeczeństwa przemysłowego z rzeczywistością, to przekonany jestem, że surowa krytyka psychologii lego społeczeństwa może się poważnie przyczynić do uzdrowienia naszej kultury. Jeżeli nie uda nam się radykalnie zmienić tego kontaktu, to ani rozsądek, ani demokracja nie zdołają wytrzymać naporu technokratycznych wymogów stawianych przez sztuczne środowisko." (T. Roszak)
Ilekroć przeznaczenie historii złączyło jakąś grupę we wspólnej owczarni, zawsze dochodziło do powstania autentycznej wspólnoty i nie potrzeba było stawiać pośrodku ołtarza dla bóstwa tego miasta, kiedy obywatele wiedzieli, że są zjednoczeni wokół - i za sprawą - Nienazwanego." (M. Buber)
Na marginesie dodam, że dziś - skutkiem rozwoju Ego - nie jest możliwa żadna wspólnota bez przymusu, stąd i narastanie totalizmu, kontroli etc. Tzw. rynek wręcz hołduje bożkowi Ego, pogłębiając objawy upadku (np. bandytyzm) i wzmagając tęsknotę maluczkich za silną ręką. Próbą pogodzenia jednostki i społeczności mógłby być autentyczny (tj. dobrowolny i oddolny) samorząd, a nie "absolutna wolność" jedynEgo (nad-człowieka - buntownika) i jej lustrzane odbicie - absolutna władza jed(y)nych (nadludzi - panów) nad innymi (niewolnikami). Na wolność przyjdzie jednak czas po śmierci Ego. (j)

Mać Pariadka nr 5-7/96


KSIĄZKI - BROSZURY
CZASOPISMA
J - R

Oficyna Wydalnicza Bractwa Trojka - wydawnictwa anarchistyczne i nie tylko
Książki
Czasopisma
Książki A - I
Książki J - R
Książki S - Z
Pisma A - I
Pisma J - R
Pisma S - Z
Michał Bakunin
Edward Abramowski
Piotr Kropotkin
Poznań
Inne miasta
Internet
A.I.W.
Biblioteka Anarchistyczna
Duch Miejsca
Art - zine Szelest
Artowa
Międzyosobówka


[strona główna]
[katalog] [dystrybucja] [inne wydawnictwa] [multimedia] [nowości w katalogu]
[jak zamawiać] [subskrybcja czasopism] [recenzje] [punkty sprzedaży] [alternatywny poznań] [ciekawe adresy] [kontakt]