Ruch anarchistyczny
Ruch pracowniczy
Opowiadania
Publicystyka
Film
Art
Kulturka i odjazdy
Komix
Zrób to sam
Biblioteka Anarchistyczna
A.I.W.
Instytut Duch Miejsca
Anarchizm *Idee*Praktyka

Czarny Brzask
Inny Świat
Red Rat
Ha!art
Krytyka Polityczna
Jirafa Roja
Książka i Prasa
Vega!POL
Okultura
Obywatel
Akademia Magii
g.a.s
B.I.A
P.N.R.W.I
Likwidator
Gadżety
Pocztówki

Ksiązki
Broszury
Pisma
Scena artowa
Filmy VCD
Muzyka
Inne CD


Popieram Anarchizm

  • SACCO I VANZETTI

GRZEGORZ JASZUŃSKI "SACCO I VANZETTI" 68 str. A5

Przeczytałem tę książkę właściwie jednym tchem i po każdej stronie nóż coraz bardziej otwierał mi się w kieszeni ze złości. Jak daleko może zabrnąć ludzka hipokryzja czy głupota? Nie wiesz? Koniecznie zapoznaj się z historią procesu dwóch słynnych włoskich anarchistów: Nicola Sacco i Bartolomeo Vanzetti: Jako motto mamy tu wiersz gloryfikowanego przez jednych (w szkole podstawowej uczyłem się polskiego w sali imienia właśnie tego poety), nienawidzonego przez drugich - Władysława Broniewskiego. Autor zastosował klasyczną retrospekcję, czyli już na samym początku dowiadujemy się jaki los spotkał tytułowych bohaterów, by w kolejnych rozdziałach śledzić okoliczności procesu m.in. dowody niewinności Włochów oskarżonych o napad z bronią ze skutkiem śmiertelnym), by dopiero na końcu poznać trochę faktów biograficznych o skazańcach. Nie chcę tu zdradzać zawartości pracy, gdyż sama w sobie jest wielce pasjonująca, że każdy kto do niej dotrze na pewno nie będzie mógł się od niej oderwać. Muszę jednak pochwalić Grzegorza Jaszuńskiego za wielopłaszczyznowe spojrzenie na problem.
Autor pokazuje, że nie był to jedyny przykład zakłamania amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości przywołując słynne sprawy małżeństwa Rosenbergów czy zabójstwa prezydenta Kennedy'ego. Mimo, że jest pewien niewinności Sacco i Vanzetti'ego (czy ktoś w ogóle wierzył, że oni mogli to zrobić?) stara się, jako fachowiec, zrozumieć sędziów, prokuratorów i innych decydentów, tłumacząc ich ogólnie panującą wtedy (lata 20-te XX-go wieku)
psychozą związaną z rozwojem bolszewizmu oraz głęboko zakorzenioną nienawiścią do obcych, w tym przypadku Włochów (np. zeznania włoskich świadków były nagminnie olewane przez sędziego).


Demonstracja w obronie Sacco i Vanzettiego

Dodatkowo można się dowiedzieć trochę o ruchu @ w USA. Szkoda, że nie ma bibliografii, ale z tekstu można wyłapać wiele źródeł, z których skorzystał autor. Są za to zdjęcia. Tak na marginesie, to dlaczego w wyrazach tak często brakuje literki "ó"? Lektura z gatunku obowiązkowych! /S/

Wiatry nr 14


  • SZCZEPAŃSKI TOMASZ

TOMASZ SZCZEPAŃSKI "RUCH REWOLUCYJNY NA ZIEMIACH POLSKICH ZABORU ROSYJSKIEGO W DOBIE REWOLUCJI 1905 - 1907"

Inny Świat prezentuje kolejny kawałek historii naszego ruchu, po dziejach najnowszych jest to tym razem, jak mówi sam tytuł, praca dotycząca kawałka najintensywniejszego - rewolucji 1905 roku, w okresie tym tworzyli bowiem główni polscy myśliciele anarchiści z Edwardem Abramowskim i J. W. Machajskim na czele, działały też najważniejsze grupy z anarchio-komunistami z Internacjonału, Zmową Robotniczą i Rewolucjonistami - Mścicielami. Starsi czytelnicy Maci znają to z przedrukowanych przed laty fragmentów, dziś można zapoznać się z całością, (jany) 52 str. A5, lakierowana okładka ze Strajkiem Lentza;
Mać nr 1/1999


  • THOREAU, HENRY DAVID

HENRY DAVID THOREAU "SZTUKA CHODZENIA", s.24, A5


Henry David Thoreau

Czy o chodzeniu, spacerowaniu można pisać jako o czymś wyjątkowym? Potwierdzająco na to pytanie odpowiedział Henry David Thoreau - znany myśliciel i propagator wyjątkowej harmonii człowieka i Natury, którą rozgłaszał m.in. w najbardziej znanej swojej książce "Walden, czyli życie w lesie" Tu autor dokonał wyjątkowej apoteozy wędrowania. Tę jakże, wydawałoby się banalną czynność, opisał pięknie, za pomocą prostych, zrozumiałych dla każdego, przeciętnego śmiertelnika, słów. Że zdań wprost bije uznanie dla tego co wokół nas, dla tego czego człowiek nie zdołał jeszcze naruszyć, dla tego czego nawet nie trzeba próbować zrozumieć... /S/

Wiatry nr 17


  • URBAŃSKI JAROSŁAW

GLOBALIZACJA I ZWYKLI LUDZIE

Globalizacja jest pojęciem bardzo popularnym, lecz nader niekonkretnym i słabo opisanym. Mówię oczywiście o gruncie polskim - na Zachodzie jest równie dużo opisów ogólnych, co drobiazgowych analiz poszczególnych części składowych tego zjawiska. U nas dominują lewicowe lub prawicowe gnioty propagandowe - nijak się mające do złożoności zachodzących przeobrażeń, wciąż odgrzewające nieświeże, jałowe schematy poznawcze. Jedni piszą o kolejnym wcieleniu złowrogiego Kapitału, który wyzyskuje Świat Pracy, drudzy biadają nad Państwem Narodowym, pożeranym przez Antypolski Spisek.

Tym bardziej cieszy edycja książki Jarosława Urbańskiego pt. "Globalizacja a konflikty lokalne". To cenna próba przełożenia abstrakcyjnego i sloganowego pojęcia globalizacji na język namacalnych, łatwo odczytywalnych faktów społecznych. Autor, socjolog i działacz społeczny, opisuje globalizację w kontekście takich zjawisk, jakie każdy z czytelników zna z własnego doświadczenia. Tym sposobem jego książka nie tylko dobrze spełnia rolę opisową, ale i propagandowo-formacyjną - zamiast opowiadać zwykłym ludziom slogany o "multikorporacjach wyzyskujących trzeci świat", można im dać do przeczytania coś, co odnosi się do ich wiedzy potocznej i operuje przykładami "z życia wziętymi".

Nie brak tu oczywiście samej teorii - autor przywołuje konieczne rozróżnienia i definicje, robi to jednak niejako mimochodem, teoretyczny wywód przeplatając często konkretnymi przykładami. Jest tu więc Bauman, są klasycy socjologii, to wszystko jednak w gęstym sosie kilkudziesięciu przykładów z życia codziennego Wielkopolski. To ona bowiem, a raczej jej prasa codzienna, posłużyła autorowi za materiał do analizy prowadzącej od szczegółu do ogółu i vice versa. Teoretyczne wywody uczonych są więc zestawione z gazetowymi doniesieniami o lokalnych konfliktach społecznych wywołanych właśnie globalizacją. Urbański pisze tak: "Kieruję się przekonaniem, że protest przeciw negatywnym skutkom "globalizacji" nie ogranicza się tylko do walki radykalnej młodzieży (...), która koncentruje swoje niezadowolenie na elitach i przywódcach "państw bogatych". Na poziomie lokalnym trwa ona codziennie. Wystarczy otworzyć gazetę".

Co możemy znaleźć po otworzeniu gazety? Urbański prowadzi nas przez świat lokalnych konfliktów: a to duża firma (niekoniecznie zagraniczna) zniszczy urokliwe miejsce w myśl swoich zamiarów, których z nikim nie konsultuje, a to któryś z operatorów telefonii komórkowej postanowi wybudować szpecący okolicę maszt przekaźnikowy, a to w małej wiejskiej gminie zlokalizują wysypisko śmieci dla potrzeb odległego wielkiego miasta, a to targowisko drobnych kupców zostanie przeznaczone pod budowę hipermarketu, a to kolejne połacie przestrzeni publicznej zostaną zamienione w skomercjalizowany obiekt o takim czy innym przeznaczeniu, a to wyrosłe samoczynnie osiedle biedaków ma być wyburzone, a teren sprzedany pod luksusową inwestycję.

Takich przykładów w książce jest wiele, nie ma sensu ich tu szczegółowo opisywać. Ich zaletą jest pokazanie jak naprawdę wygląda globalizacja, jakie są jej negatywne skutki na najniższym, sąsiedzko-gminnym poziomie, co oznacza dla zwykłych ludzi, którzy zamiast czytać anarchistyczne fanziny oglądają z zapamiętaniem Big Brothera. Autor nie popada jednak w pułapkę lokalności, rozumiejąc, że choć poziom ten jest bardzo istotny, to na nim się świat w epoce - nomen omen - globalizacji nie kończy. Dlatego oprócz opisu "drobiazgów" mamy ich umiejscowienie w szerszych, ogólnoświatowych trendach. Urbański zdaje sobie bowiem świetnie sprawę, iż to wszystko nie dzieje się bez przyczyny: lokalna władza wyobcowana ze wspólnoty powierzającej jej mandat do rządzenia, lokalny rynek stający się polem gry interesów handlowych czy produkcyjnych molochów, lokalny ekosystem dezintegrowany w imię celów wytyczanych przez odległe podmioty itd., itp. - są pochodnymi procesów daleko wykraczających poza opłotki podwórka.

Bardzo celnie oddaje ten sposób myślenia jeden z fragmentów książki: "Na murze przy jednej z głównych ulic Poznania napisał ktoś: "Poznań 56, Genua 2001, cdn.". Oburzony tym faktem publicysta lokalnego dodatku do "Gazety Wyborczej" grzmiał na jej łamach, że to nadużycie porównywać wydarzenia z Genui (wystąpienia antyglobalistów) ze słusznym buntem poznańskich robotników w czerwcu 1956 roku. Dziś protestujący w Polsce robotnicy domagają się zaprzestania zwolnień i likwidacji bezrobocia, są traktowani jak przybysze z innej planety. Twierdzi się wówczas, że z punktu widzenia ekonomicznego ich postulaty pozbawione są sensu. Rząd umywa ręce i mówi, że nie ma wpływu na prywatnych pracodawców, a jego interwencja w sprawy gospodarcze zakończyłaby się ostrym sprzeciwem zachodnich inwestorów i "spadkiem wiarygodności Polski" na międzynarodowych rynkach finansowych. "Mamy wolny rynek - odpowiadają zgodnym chórem - musicie sami starać się o swoją pracę". Spod ministerialnych drzwi są odsyłani z kwitkiem lub usuwani przez policję. W Genui chciano zademonstrować między innymi to, że są jeszcze ludzie, którzy nie zgadzają się, aby globalne multikorporacje niszczyły lokalny rynek pracy".

Tym, co w książce Urbańskiego cieszy, to brak resentymentów i zwykłych bzdur w rodzaju nostalgii za PRL-em, który rzekomo dbał o robotników i tylko czasem - naprawdę bardzo, bardzo rzadko - do nich strzelał. Nie ma tu prób wciskania ideologicznego kitu w rodzaju stwierdzeń, że kapitalizm jest tak okropny, iż można w imię jego przezwyciężenia zaakceptować inne - nawiasem mówiąc dużo większe - okropieństwa, np. "dorobek" zbrodniarzy pokroju Lenina czy Trockiego. Po drugie, autor unika agitacji - łatwo da się w jego wywodzie wyczuć nutę sympatii do anarchizmu i autentycznej samorządności, ale nie przybiera to postaci prymitywnej propagandy. Dzięki temu książka ma szansę trafić do pozagettowego i uczulonego na działania kolejnych politycznych "zbawców" czytelnika.

To książka dobra i potrzebna - autorowi i wydawcom należą się gratulacje i podziękowania za podjęty trud i jego efekt końcowy. Szczerze zachęcam do lektury tej pozycji.

Remigiusz Okraska
Magazyn "Obywatel"

URBAŃSKI JAREK "GLOBALIZM - NOWA KOLONIZACJA ŻYCIA CODZIENNEGO (I INNE TEKSTY)", s. 16, A5

Globalizm to ostatnie jedno z modniejszych pojęć. Atakuje nas ze wszystkich mediów prawie non stop. Warto więc zwolnić tempo i zastanowić się z czym, tak naprawdę, mamy do czynienia. Autor pokusił się o usystematyzowanie zagadnienia. Czyni to bazując na solidnych (nie mogło obyć się bez odwołań do Chomsky'ego) podstawach próbując zebrać w konkretną całość wszystkie istotniejsze zjawiska, które towarzyszą głównemu wątkowi. Sprawnie łączy
skutki krajowe z ogólnoświatowymi. Sporo miejsce poświęca temu. co jest, w powszechnym odczuciu, najgorszym przejawem globalizacji, czyli bezrobociu. Przedstawia m.in. opinię na temat wyjścia z tego kryzysu poprzez skrócenie tygodnia pracy. W ogóle broszura składa się z dwóch odczytów i wstępu do dyskusji, min. o tym jak kiepsko funkcjonują związki zawodowe. /S/

Wiatry nr 18

URBAŃSKI JAREK, WSTAŃ I WALCZ - REWOLUCYJNA GIMNASTYKA, s.12.A5

Bardzo frapująca lektura. Autor odwołując się do różnych uznanych autorytetów myślowych snuje, a właściwie knuje, rozważania o buntowaniu się, ogólnie pisząc. Najciekawsze są wątki dotyczące zachowania się ciała w sytuacjach rewolucyjnych z uwzględnieniem analiz wręcz filozoficznych. Brzmi to dość groźnie, ale tekst napisano zwykłym i prostym językiem z licznymi przykładami wyjętymi wprost z historii rodzimych wolnościowców. /S/

Wiatry nr 18

ODZYSKAĆ MIASTO

Bełt nie miał czasu doczytać, więc dał mi Odzyskać miasto Urbańskiego. I niemal 100 przypisów na 60 stron tekstu świadczy, że to nie w pełni wypowiedź autorska, a i -wbrew autorowi- niezbyt od teoretyzowana jak na realną utopię skoro się tylu autorów cytuje i przykładów daje z innego świata głównie. Już we wstępie odwołuje się do innych prac, m.in. Demokracji uczestniczącej Góskiego i własnej Globalizacji i konfliktów lokalnych, nie mówiąc o teoriach architektonicznych miast życia tutaj i teraz (nie zastąpią tego ogólniki o wzroście represyjności, segregacji, dysproporcji i konsumpcji pisane naukowym slangiem). W sposób nieuprawniony przenosi się sytuację USA na Polskę (w Europie), bo u nas centra się nie wyludniają jak tam, nawet, jeśli buduje się więcej obok. Trudno zresztą podjąć tu polemikę z braku definicji przedmieści (tak autor pisze, choć moim zdaniem winno być przedmieść, ale może tak jest w gwarze), czy idzie o dzielnice wokół centrum, miasta-satelity czy urbanizujące się podmiejskie wsie? Gdy idzie o 1 i 2, to decyzję o odciążeniu miast przez sypialnie podjęła u nas już komuna w latach '60 i nie szło (tylko) o ucieczkę bogatych, ale (i) o bloki dla mas (wg niektórych* to normalny proces rozwoju miasta, co rozrasta się poza swe stare granice [formalnie lub faktycznie], a nowe formy zabudowy są wyrazem stylu życia epoki, co widać po tym, że bloki i wille tak samo zrywają z miastem dla zieleni czy dróg dojazdowych miast ulic pieszych i handlu).
Bajkę, że moloch bez planowania będzie lepszy przekreśla historia Łodzi czy Gdyni w okresie międzywojennym, gdzie brak interwencji władz w żywiołowy rozwój miast, mimo ich bogactwa, rodził chaos, brak kanalizacji i szkół, slumsy. Idzie raczej o to, kto będzie planował rozwój i pilnował zasad, władza, biznes czy społeczeństwo (nie jest też prawdą i to, że planowanie to pomysł modernizmu, są i średniowieczne wilkierze określające linię zabudowy, wysokość fasad, rodzaj dachu [np. attyka zamiast szczytu], czy materiał, z jakiego się buduje). Bajkowość wolności w architekturze pokazują i kiepskie owoce skłotingu, z reguły totalny syf. Ludowe osiedla Ameryki Łacińskiej niewiele mają wspólnego z apolityczną samowolą budowlaną jednostek u nas (dotyczy ona nie tylko biednych), a tym bardziej ze skłotami dzieci systemu (nie jego społecznego marginesu) na zasiłkach / utrzymaniu rodziców. Czy skłoty to [współ]odpowiedzialność czy niechęć do płacenia rachunku (życie na śmietniku mniej kosztuje), a często i pasożytowania na innych, bardziej ideowych czy twórczych uczestnikach ruchu? Dla mnie jest tu tyle samo plusów i minusów jak w systemie, choć czasem pewno inne. To, że często tego typu inicjatywy upadają (czasem nawet bez nacisku policji), normalnieją czy stanowią (u nas) nieliczny margines pokazuje, że nie jest to rozwiązanie dla społeczeństwa.

* W cytatach brak konsekwencji - przymusowa bezdomność to wybór skłotersów u Hakim Beya, to samo z w/w rozwojem przedmieść. Autor cytuje innych, nie próbując rozstrzygnąć sprzecznych racji, brnąc dalej i mając obie wersje za dowód zła systemu. Cytaty, język i obce przykłady pokazują brak tu przetrawienia kwestii na swój język i swą przestrzeń życiową. Idzie raczej o podczepienie się w tamtą bajkę niż ujęcie swojej (wówczas powstałby z tego artykuł a nie broszura, nic to, że bardziej istotny może). Bardzo spodobał mi się kawałek, że skłoty u nas to nie tylko domy, ale i piwialnie (idzie chyba o piwiarnie / pijalnie piwa) […] biblioteki (dobra kolejność :), a mniej - nadużycie, bo kolejne zdanie brzmi tak, jakby i w Polsce skłoty były bazą dla autentycznych samorządów lokalnych, czasem nawet oficjalnych. Nie umiem ocenić, z winy autora, czy praca jest dobra, bo pretenduje do czegoś, czym nie jest (to sprawia, że czytam ją pod innym kątem, jako rozważania nie o architekturze, a o społecznej praktyce). Tyle zdążyłem przeczytać i przemyśleć na zesłaniu w pracy.

# Zajrzałem w necie na stronę Erskine'a (obok Krolla wskazywanego przez Urbańskiego jako gość od naszej architektury) i widzę drugiego Krolla (pomyłki o rok w początku i końcu budowy osiedla czy pomieszaniu Szwecji ze Szkocją nie wspomnę). Ot, bloki nieco pogięte, dość proste bryły, kiczowate kolory, czasem zwyczajne domki, czasem budy z drewna do tego, tu z założenia (a nie, jak u Krolla, jako przeróbka bloku), stąd może i więcej zieleni w tle (czasem półziemianki etc., ale to u siebie, w Szwecji). Nie wiem, jak to funkcjonuje społecznie, ale ani to specjalnie ładne, ani miasto. Nie brak i lepszego, pogiętego (post- czy) -modernizmu, obłe kuby itp., coś, co mi się nie podoba na wystawach naszych studentów (wolę ich nowoczesną wersję tradycji). Wyjątek to domy z cegły, ale ją naprawdę trudno popsuć (niestety, bywają wyjątki). Podobnie w dużym stopniu z Aalto (w czasach, gdy podobał mi się modernizm, lubiłem go, dziś nie robi na mnie takiego wrażenia). Przede wszystkim (wbrew temu, co gdzieś wyczytał Urbański o pozorach żywej tkanki) brak mi tu miasta. Segal produkuje dość tradycyjne domki i budy, jakie u nas menele na działkach stawiają (są jednak wyjątki, duża przestrzeń, światło, dominuje drewno), więc nic dziwnego, że ludzie mogą to budować sami, podobnie jak w wypadku Doshi'ego, którego trudno mi oceniać, bo jest z innej bajki (w Indiach takie klocki z lokalnych surowców to pewnie norma, tu jako lego, różne odmiany modułu (łazienka, WC i pokój, reszta wg uznania, także w układzie, elewacji etc.) w szeregu wzgłuż brukowanych uliczek, bardzo solidne slumsy, czasem nawet malownicze, no i pozór miasta, może miasteczka, choć w polu). Skala dwu ostatnich koncepcji (parter, czasem piętro) nie nadaje się do budowy miasta, chyba, że w stylu naszej [z PM, skrzyżowanie JP II na Zaspie] wizji świata niekończących się ogródków działkowych, ale, czego chcieć od fana skłotów, sam wolę jednak żywe miasto w wersji Kriera (mimo jego klasycznych odchyłów) itp.
Zabawne jest dzielenie nurtów w architekturze na emocjonalny i racjonalny, gdy pierwszemu przypisuje się uczestnictwo publiki w tworzeniu(?), @ (wolę biologa Kropotkina od filozofa Bakunina), intuicję i brak mecenatu czy akademickie wykształcenie. Co to ma do rzeczy? Już więcej sensu ma uwaga, iż architektury uczy się głównie na politechnice (inżynierowie) a nie uniwersytecie (humaniści), ale z tego też niewiele wynika, wątpię by goście po ASP byli bardziej pro-społeczni (dla mnie np. to brak uniwersytetu w Gdańsku sprawił, że opozycja chodziła po ziemi miast bujać w obłokach, bardziej też zajęła się życiem społecznym niż układami władzy). Postmodernizm to też nurt emocjonalny, a przecież krytyka społeczna nie zostawia na nim suchej nitki, to spektakl / dla bogatych. Można nie lubić modernizmu, trudno jednak zaprzeczyć, że to w blokach a nie na starówce czy skłotach mieszka większość ludzi, więc to on umiał rozwiązać (niedoskonale, lecz jednak) problem braku mieszkań (o architekturze w sensie formy autor ma, mówiąc oględnie, niewielkie pojęcie [wie ile przeczyta]; dla mnie dyskusja, czy ładniejszy jest antyk czy gotyk, blok czy pleśń na skłocie nie ma sensu, zależy, co komu robi; sam widzę wartości i braki z obu stron [wolę szukać syntezy dobrych stron i eliminować kiepskie] i przypuszczam, że nie zależy to od orientacji, ale poziomu tego, kto to robi i skali roboty, bo masówka zawsze będzie gorsza od dzieł oryginalnych). Bez względu na styl, budowanie dla ludzi (z ich udziałem) nie załatwienia problemu (zysku) to wartość, nie przekłada się to jednak wprost na formę (a tym bardziej z niej nie wynika). Przypuszczam, że działa to tak, iż każda kolejna epoka naprzemiennie, tak racjonalna, jak i emocjonalna, widzi złe strony po-przedniej, wskazuje swe leki (farmakon to jednak też trucizna) i kolejna musi to naprawiać (bez końca, bo rozwiązaniem są nowe formy władzy, nie żadne wyzwolenie / rozwiązanie społecznych problemów). Zawsze też idealizuje się epokę poprzednią wobec krytykowanej, zapominając o jej wadach (ciekawa / ludzka architektura i slumsy / syf miast przełomu XIX i XX w.). NB., pochwała emocji dziwnie brzmi w ustach kogoś, kto w korekcie tekstu zdał się na technikę / komputer (ABC) i wyhodował takie kwiatki jak architektura monadyczna (nomadów) i miejska lauferka u Metysa, choć może to tylko osobność filozofii oświecenia i szachy :, ale co tu robią okadzeni przez synów-alkoholików starcy, sam już nie wiem (tak samo nie kumam, czemu w Poznaniu, gdzie była kiedyś zupa a potem, pozwolę tu sobie zacytować tamtejszego klasyka, długo, długo nic [może objawiać się jutro, za tydzień, lub za dwa tygodnie, albo w zupełnie innym miejscu, dodaje autor*], policja reaguje [foto] nawet na FNB; może tu kryje się tajemnica spektaklu, bo nas z braku represji to kręcić już przestało; i nie wiem na czym polega *ekologiczne przesłanie jednorazowych naczyń i sztućców z plastiku, chyba, że tam dają takie zjadliwe, z otrębów, ale wątpię i przepraszam za zamierzoną złośliwość [skoro już o grę a nie coś serio idzie] :). Pod koniec autor daje (nie do końca przemyślany chyba) cytat-slogan, że architekt powinien zniknąć, że nie ma już architektury etc. Czy nie mamy tu do czynienia z redukcją architektury do budownictwa (dla potrzeb społecznych) i po co w tej sytuacji wyrzekanie na inżynierów zamiast humanistów (może trzeba to połączyć by humanista chodził po ziemi a inżynier myślał o ludziach, tylko to nijak się ma do pięknej formy / architektury, a racjonalnej czy emocjonalnej nie gra roli). Ja nie wiem, czy to nie istota problemu, czy autor w ogóle wie, o czym mówi. Dla mnie architektura to kształtowanie formy budowli (zasada tektoniki, dosłownie rzecz biorąc), a gdyby nie dusza można byłoby się bez niej obejść; stawianie domów dla ludzi to budownictwo, które może mieć charakter społeczny lub nie bez względu na w/w formę; wreszcie urbanistyka to kształtowanie miasta jako całości, chyba ważniejsze od obu w/w spraw (tu można najwięcej popsuć lub naprawić, bo gusta są różne, podobnie jak zleceniodawcy i ich relacje, ale to otoczenie decyduje o tym, czy mimo tego nie/da się gdzieś żyć, bo w końcu, poza hikikomori, nie siedzimy cały czas w domu, gapiąc się na jego ścianę i to od zewnątrz czy pamiętając jak i kto go wybudował :). Nie wiem, skąd bierze się przekonanie autora, że dziś, tj. w dobie post-modernizmu, dominuje architektura racjonalna (nie emocjonalna) - czy to owoc przestarzałych lektur, czy też, jak z Gaudim, że nasi = dobrzy, tu rozszerzonego na emocje (widać autor tak ma, choć potrafi zamieszać pisząc, czym jest racjonalność dla nurtu emocjonalnego)? Czy nazizm, socrealizm i totalitaryzm w ogóle [w przeciwieństwie do późniejszego modernizmu socjalistycznego i rynku] były racjonalne (nie - emocjonalne), czy też nie szło im o koncentrację władzy i siły (dla mnie każda z tych opcji jest fałszywa, ale trzeba byłoby wybrać którąś z nich by wbrew faktom oddzielić dobre emocje od złej władzy)? I czemu złe jest racjonalne planowanie przestrzenne, dobry był emocjonalny żywiołowy rozwój? Np., w XIX-wiecznym kapitalizmie wolnorynkowym (autor nie pamięta chyba, co było przed złym modernizmem, a nie było to wcale takie dobre)? Czy zamiast tych bredni nie lepiej wprost powiedzieć, że problemem jest władza, a nie jej forma (ten, kto w nią gra, zawsze się pogubi i zacznie mówić nie na temat)? Ba, Urbański nadal wierzy w zdolności rewolucyjne klasy robotniczej**, powołując się na "S" w '80 (a nie mówiłem, że opowiada bajki z minionej epoki :) i dym w Seattle (to już też chyba przeszłość wobec 11 IX i wojny z terroryzmem, pominę fakt, że rzecz poza spektakl nie wyszła); nie wiem, o co idzie z ostatnimi masowymi protestami pracowniczymi w całej Europie w tym kontekście, nie jestem na topie, ale może o to, że nie ma dzieci i jak nie chcemy stracić emerytury, to będzie trzeba dłużej pracować?! Jeśli zaraz potem idzie Hakim Bey, to możliwe, że jakiś modny rewolucyjny spektakl dla dzieci znużonych klas średnich, które będą pewnie miały problem z emeryturą i to może sprowadzi pociechy na ziemię. A nam do zabawy zabraknie jednak, w wizji nie-hegemonistycznej** koalicji różnych grup, kolorowych… **/** Żyjąc nie-przetrawionymi starymi bajkami nie wie, co wybrać; z robotnikiem czy mimo robotnika, głowił się wieszcz. Widzi getto kolorowych i autonomistów, aspołeczność oficjalnych związków i ekologów czy trudność ich dogadania się (z braku w/w hegemona i wizji lepszego jutra permanentnie odnawiany konsensus to konieczność), lecz wierzy w cud (w końcu, od czego są emocje), bo była Solidarność (tylko, że w totalitaryzmie o to łatwo, bo był wspólny wróg i jedna klasa [mega- warstwa społeczna] jego ofiar, gdy na zatomizowanym rynku tego brak) i wybiera… TSA Hakim Beya (mimo jego krytyki przez Bookchina [wg ABC - Bookschina :], że to zabawa dla bogatych), bo… to się w ruchu dzieje realnie a końca historii, choćby i @ nie ma. I to by było na tyle… [jw]

NieRząd nr 257



Książki
Czasopisma
Książki A - I
Książki J - R
Książki S - Z
Pisma A - I
Pisma J - R
Pisma S - Z
Michał Bakunin
Edward Abramowski
Piotr Kropotkin
Poznań
Inne miasta
Internet
A.I.W.
Biblioteka Anarchistyczna
Duch Miejsca
Art - zine Szelest
Artowa
Międzyosobówka


[strona główna]
[katalog] [dystrybucja] [inne wydawnictwa] [multimedia] [nowości w katalogu]
[jak zamawiać] [subskrybcja czasopism] [recenzje] [punkty sprzedaży] [alternatywny poznań] [ciekawe adresy] [kontakt]